piątek, 6 maja 2011
wtorek, 3 maja 2011
Najstarsza demokracja świata
My Pasztuni jesteśmy ludem praworządnym. Rządzimy się według NASZEGO prawa. Prawo to nazywa się Pasztunwali. Pasztunwali istnieje tak długo, jak istniejemy my - Pasztuni. To znaczy, że NASZE prawo istnieje od zawsze. Bo my jesteśmy od zawsze. Inne ludy też mają swoje prawa. Zmieniają się ludy i razem z nimi zmieniają się ludzkie prawa. A my i NASZE prawo istniejemy od zawsze. Pasztunwali to władza ludu. Władza NASZEGO ludu, tj. władza Pasztunów. Są różne władze ludu. Władza ludu pracującego, władza obywateli i inne. Inni, tam za Amu-Darią, za górami Hindukuszu, za morzem, rządzili się swoimi prawami i nam je przywozili. Ale my już przecież mieliśmy NASZE prawo. Od zawsze. Ale oni nie ustawali w przyworzeniu nam tych swoich praw. I tak przyjeżdżali. Byli blondwłosi Helleni, po blondwłosych Hellenach byli Persowie, Po Persach Byli Arabowie. Ci przywieźli całkiem interesujące prawo, ale nie tak doskonałe, jak NASZE. Potem byli Mongołowie, po Mongołach znowu Persowie. Potem Brytyjczycy. Po Brytyjczykach mieliśmy NASZEGO emira. Emirowi podobały się ICH prawa. Po emirze, przyszli nasi, którzy upodobali sobie prawa komunistów. Następnie pojawili się zagraniczni komuniści. Wojna była. Po wojnie nie było już komunistów, ale przyszli Uczniowie. Ci myśleli, że najlepiej znają prawo, ale długo nie porządzili. Po nich przyszli Amerykanie i jeden z naszych, który chodził do ICH szkoły.
Wszyscy tak przychodzili, przynosili swoje prawa i odchodzili.
I co? I Nic!
Różni obcy do nas przychodzili. Wszyscy z nich mieli swoje prawa, ale zawsze się zmieniali. Różniły się ludy tutaj przyjeżdżające, zmieniały się wielkie mocarstwa, które chciały przywieźć nam swoje prawa. A NASZE Pasztunwali, jak istniało, tak istnieje nadal. Niezmienione. Władza ludu, pasztuńskiego ludu, od wieków, stuleci nawet, pozostaje jedna i ta sama. Taka była i taka pozostanie. Amin.
Wszyscy tak przychodzili, przynosili swoje prawa i odchodzili.
I co? I Nic!
Różni obcy do nas przychodzili. Wszyscy z nich mieli swoje prawa, ale zawsze się zmieniali. Różniły się ludy tutaj przyjeżdżające, zmieniały się wielkie mocarstwa, które chciały przywieźć nam swoje prawa. A NASZE Pasztunwali, jak istniało, tak istnieje nadal. Niezmienione. Władza ludu, pasztuńskiego ludu, od wieków, stuleci nawet, pozostaje jedna i ta sama. Taka była i taka pozostanie. Amin.
czwartek, 4 listopada 2010
Krzyż i tatuaże
Mieliśmy kiedyś kolegę z Biszkeku - mówi Arsłan - Turek Meschetyński, mieszkający na stałe w Antalyi - To był Rosjanin, wychowany tak jak my w Kirgizji. Wiesz, jednego razu tak mnie rozzłościł, że prawie dałem mu w mordę. Przylazł z takim wielkim kilkucentymetrowym krzyżem, na srebrnym łańcuchu, uwieszonym na szyi. Nie zauważyłem nigdy wcześniej, żeby był jakoś specjalnie religijny. Krzyż odbijał mu się od tej klatki piersiowej, aż mnie zaczęło to mierzić. Wychowywaliśmy się w miejscu, gdzie żyli muzułmanie, prawosławni, katolicy i buddyści. Wśród wszystkich mam przyjaciół i jakoś tak zawsze się między nami układało, że nauczyliśmy się wzajemnego szacunku.
Jestem muzułmaninem, alhamdulillah. Waszą wiarę mam w głębokim poważaniu, jak każdą inną zresztą.
Wiesz co ten Ruski był za jeden?
Spytałem go, czy wierzy w Boga.
- Nie, oczywiście, że nie! - odpowiedział.
- To po co nosisz ten krzyż?
- Dla krasoty! - wypalił.
Nie mogłem tego pojąć, do teraz nie mogę! Powiedziałem mu, że jeśli ktoś faktycznie wierzy i szanuje symbole religijne to powinien nosić je ukryte, w sercu, jak skarby. Absolutnie nie przeszkadzał mi ten krzyż! Zawsze uważam, że na prawdę pobożni ludzie trzymają krzyżyk pod ubraniem, dla siebie, dla Najwyższego. A tu jakaś ozdoba! Obraza!
Prawie pobiłem tego Rosjanina. Musieli mnie odciągać. Nie mogłem znieść tego widoku.
Bezczelnie mówi, że jest ateistą, a z krzyża robi sobie biżuterię.
Do teraz mi się na samą myśl krew gotuje!
Po chwili Arsłan zmienia temat i powiada:
- A wiesz jak to jest w naszej religii z tatuażami?
Nie można tego usunąć. Każda nieczystość, nawet zmyta przez wodę, a nie usunięta z duszy, zawsze będzie nieczystością. Tatuaż szpeci i ciało, i duszę. My dokonujemy ablucji głównie po to, aby oczyścić duszę. Jeżeli na ciele jest trwała skaza, to wszystkie próby dokonania takiej ablucji idą na marne.
Szczególnie, kiedy człowiek odchodzi z tego świata. Nieboszczyk, nie może się umyć, więc robimy to w jego imieniu, aby stanął przed Bogiem oczyszczony. Wtedy może być godnie pochowany. Jeżeli zaś, ciało jego posiada skazę, to wówczas stanie on przed Bogiem nieczysty.
Pochoroniat jego griaznym...
Jestem muzułmaninem, alhamdulillah. Waszą wiarę mam w głębokim poważaniu, jak każdą inną zresztą.
Wiesz co ten Ruski był za jeden?
Spytałem go, czy wierzy w Boga.
- Nie, oczywiście, że nie! - odpowiedział.
- To po co nosisz ten krzyż?
- Dla krasoty! - wypalił.
Nie mogłem tego pojąć, do teraz nie mogę! Powiedziałem mu, że jeśli ktoś faktycznie wierzy i szanuje symbole religijne to powinien nosić je ukryte, w sercu, jak skarby. Absolutnie nie przeszkadzał mi ten krzyż! Zawsze uważam, że na prawdę pobożni ludzie trzymają krzyżyk pod ubraniem, dla siebie, dla Najwyższego. A tu jakaś ozdoba! Obraza!
Prawie pobiłem tego Rosjanina. Musieli mnie odciągać. Nie mogłem znieść tego widoku.
Bezczelnie mówi, że jest ateistą, a z krzyża robi sobie biżuterię.
Do teraz mi się na samą myśl krew gotuje!
Po chwili Arsłan zmienia temat i powiada:
- A wiesz jak to jest w naszej religii z tatuażami?
Nie można tego usunąć. Każda nieczystość, nawet zmyta przez wodę, a nie usunięta z duszy, zawsze będzie nieczystością. Tatuaż szpeci i ciało, i duszę. My dokonujemy ablucji głównie po to, aby oczyścić duszę. Jeżeli na ciele jest trwała skaza, to wszystkie próby dokonania takiej ablucji idą na marne.
Szczególnie, kiedy człowiek odchodzi z tego świata. Nieboszczyk, nie może się umyć, więc robimy to w jego imieniu, aby stanął przed Bogiem oczyszczony. Wtedy może być godnie pochowany. Jeżeli zaś, ciało jego posiada skazę, to wówczas stanie on przed Bogiem nieczysty.
Pochoroniat jego griaznym...
czwartek, 7 października 2010
Witam ponownie
Muszę przyznać, że nie miałem ostatnio zbyt wiele czasu na uzupełnianie tego bloga, więc go nieco zaniedbałem. Wróciłem ostatnio do Polski i chyba zabawię tutaj przez dłuższy czas. Zbliża się zima, wieczory są coraz dłuższe, więc będę miał trochę czasu na nadrobienie zaległości. Postaram się też pisać z większą systematycznością. Wspomnień mam sporo, więc będzie o czym opowiadać. Na razie jednak proszę o cierpliwość i wyrozumiałość. Muszę na nowo przyzwyczajać się do życia w domu po dłuższej nieobecności. Mam nadzieje, że nie będzie to długo trwało. Nie jest to łatwe, ale raczej dam radę. Przy okazji, pierwszy "szok": nikt nie chce się ze mną całować na powitanie, nikt nie jest też chętny do zderzania się skroniami. Ciężko zaprowadzać tutaj nowe porządki....
niedziela, 30 maja 2010
Zia i Hazarowie
Na początku marca udałem sie na posterunek policji, aby złożyć odpowiednie dokumenty w celu przedłużenia mojego pozwolenia na pobyt w Turcji. Kazano mi wrócić w następnym tygodniu, co też uczyniłem. Ponieważ jednak kilka dni wczesniej zmarł jeden z zasłużonych komendantów, cała rzesza funkcjonariuszy porzucla swoja służbę na dwa lub trzy dni. W związku z tym, o moich dokumentach zapomniano i kazano odczekać kolejny tydzień. Wywołało to u mnie niemałą irytację, gdyż departament do spraw cudzoziemców jest położony na samych obrzeżach miasta, a podróż tam i z powrotem zajmuje pół dnia.
Koniec końców jednak, pogodziłem się ze swoim losem i odczekałem jeszcze tydzień. Na posterunku zameldowałem się więc ponownie po kolejnym tygodniu i od razu zauważyłem grupę jakichś 10-15 osób o środkowoazjatyckich rysach twarzy. Wszedłem zatem pospiesznie do biura i równie szybko otrzymałem przedłużenie pozwolenia na pobyt. Wychodząc zobaczyłem, że moja towarzyszka Neslihan rozmawia z przyjezdnymi, a turecki ochroniarz - jowialny strażnik w średnim wieku bardzo radośnie reaguje na próby dogadania się po turecku, podejmowane przez niewysokich a skośnookich gości o szerokich, płaskich twarzach. Pytam zatem, kim są owi przybysze. Usłyszałem, że z Afganistanu. Później pytam o narodowość. W odpowiedzi słyszę: "no przecież mówiliśmy ci, że to Afgańczycy" - prostolinijnie mówi strażnik.
Sam odpowiadam jednak, że w Afganistanie jest cała rzesza najprzeróżniejszych narodowości.
Na to wszystko pojawia się nagle śniady, ciemnowłosy mężczyzna, wyraźnie górujący wzrostem nad swoimi mongoloidalnymi towarzyszami. Ma na imię Zia i jest Tadżykiem z matki Pasztunki. Jego kompani, jak wcześniej podejrzewałem, są Hazarami. O wszystkim Zia opowiada mi płynną i ładną angielszczyzną. Przeprasza przy tym za błędy gramatyczne, jakie popełnia, gdyż nie mówił w tym języku od jakichś dwóch lat. Sam nie dostrzegam większych niedoskonałości w jego angielskim, jestem nawet pełen podziwu. Myślę sobie, że facet, który przyjechał z kraju gdzie od już prawie czterech dekad na przemian dokonują sie zamachy stanu i toczą się krwawe wojny, gdzie ostatnią myślą jest ta o zatapianiu się pośród podręczników oraz wszelkiej innej buchalterii, włada angielskim lepiej niż nie jeden student, z którymi mam tutaj zajęcia (sic). Zia opowiada, że w rejonie, gdzie mieszkają on i jego hazarscy znajomi, sytuacja w ostatnim czasie znacznie się zaostrzyła. Rozmawiając z nim, szybko przestałem żałować, że musiałem męczyć się z turecką biurokracją.
Sam Zia pochodzi z Kabulu. Właśnie niedawno wszyscy byli zmuszeni przedostać się do Turcji i szukać w niej schronienia. Pytam, co będą robić w Adanie i jak długo pozostaną. Tego jednak ani Zia, ani jego towarzysze nie wiedzą. Rozochocony tą rozmową mam zamiar zadawać kolejne pytania, ale w tym momencie mój anglojęzyczny rozmówca został zawołany przez funkcjonariuszy. Przez cały ten czas moja przyjaciółka Neslihan i turecki strażnik próbują dogadać się z grupą Hazarów, wśród których znajdują sie kobiety karmiące niemowlaki. Muszą już być w Turcji od jakiegoś czasu, bo znają całkiem sporo słów. Po wymianie uprzejmości i próbie krótkiej pogawędki, musimy jednak opuścić posterunek. Z Zią nie miałem okazji nawet się pożegnać.
W drodze powrotnej, naszła mnie kolejna myśl. Zachowanie tych hazarskich przybyszy było dla mnie zdumiewające. Ludzie nienawidzeni i pogardzani przez swoich współobywateli za pochodzenie i szyickie wyznanie, wypędzeni ze swojej ojczyzny przez wojnę i nie mający pojęcia dokąd zostaną zawiezieni oraz co i jak długo będą robić, śmieją się i dowcipkują! Nie kryją radości widząc, że próbuję nawiązać z nimi jakiś kontakt, podłapują tureckie słownictwo, czym wprawiają w zachwyt prostolinijnego strażnika. Czy jest to jakiś mechanizm obronny, wytworzony w warunkach wojny, czy oni po prostu tacy już są? Na to pytanie nie potrafię sobie jednak odpowiedzieć.
Ze wszystkimi swoimi myślami dzielę się z Neslihan, która również jest poruszona. Pytam, jak po turecku powiedzieć uchodźca, a ona mnie - jak to brzmi po polsku. Powtarzam po niej 'multeci', a potem kolejno: 'refugee', 'uchodźca'i ponownie 'multeci'. Moja towarzyszka wieńczy wszystko lapidarnym komentarzem. "...w jakimkolwiek języku tego nie wypowiesz, zawsze brzmi wstrętnie.
Nienawidzę tego słowa..."
Koniec końców jednak, pogodziłem się ze swoim losem i odczekałem jeszcze tydzień. Na posterunku zameldowałem się więc ponownie po kolejnym tygodniu i od razu zauważyłem grupę jakichś 10-15 osób o środkowoazjatyckich rysach twarzy. Wszedłem zatem pospiesznie do biura i równie szybko otrzymałem przedłużenie pozwolenia na pobyt. Wychodząc zobaczyłem, że moja towarzyszka Neslihan rozmawia z przyjezdnymi, a turecki ochroniarz - jowialny strażnik w średnim wieku bardzo radośnie reaguje na próby dogadania się po turecku, podejmowane przez niewysokich a skośnookich gości o szerokich, płaskich twarzach. Pytam zatem, kim są owi przybysze. Usłyszałem, że z Afganistanu. Później pytam o narodowość. W odpowiedzi słyszę: "no przecież mówiliśmy ci, że to Afgańczycy" - prostolinijnie mówi strażnik.
Sam odpowiadam jednak, że w Afganistanie jest cała rzesza najprzeróżniejszych narodowości.
Na to wszystko pojawia się nagle śniady, ciemnowłosy mężczyzna, wyraźnie górujący wzrostem nad swoimi mongoloidalnymi towarzyszami. Ma na imię Zia i jest Tadżykiem z matki Pasztunki. Jego kompani, jak wcześniej podejrzewałem, są Hazarami. O wszystkim Zia opowiada mi płynną i ładną angielszczyzną. Przeprasza przy tym za błędy gramatyczne, jakie popełnia, gdyż nie mówił w tym języku od jakichś dwóch lat. Sam nie dostrzegam większych niedoskonałości w jego angielskim, jestem nawet pełen podziwu. Myślę sobie, że facet, który przyjechał z kraju gdzie od już prawie czterech dekad na przemian dokonują sie zamachy stanu i toczą się krwawe wojny, gdzie ostatnią myślą jest ta o zatapianiu się pośród podręczników oraz wszelkiej innej buchalterii, włada angielskim lepiej niż nie jeden student, z którymi mam tutaj zajęcia (sic). Zia opowiada, że w rejonie, gdzie mieszkają on i jego hazarscy znajomi, sytuacja w ostatnim czasie znacznie się zaostrzyła. Rozmawiając z nim, szybko przestałem żałować, że musiałem męczyć się z turecką biurokracją.
Sam Zia pochodzi z Kabulu. Właśnie niedawno wszyscy byli zmuszeni przedostać się do Turcji i szukać w niej schronienia. Pytam, co będą robić w Adanie i jak długo pozostaną. Tego jednak ani Zia, ani jego towarzysze nie wiedzą. Rozochocony tą rozmową mam zamiar zadawać kolejne pytania, ale w tym momencie mój anglojęzyczny rozmówca został zawołany przez funkcjonariuszy. Przez cały ten czas moja przyjaciółka Neslihan i turecki strażnik próbują dogadać się z grupą Hazarów, wśród których znajdują sie kobiety karmiące niemowlaki. Muszą już być w Turcji od jakiegoś czasu, bo znają całkiem sporo słów. Po wymianie uprzejmości i próbie krótkiej pogawędki, musimy jednak opuścić posterunek. Z Zią nie miałem okazji nawet się pożegnać.
W drodze powrotnej, naszła mnie kolejna myśl. Zachowanie tych hazarskich przybyszy było dla mnie zdumiewające. Ludzie nienawidzeni i pogardzani przez swoich współobywateli za pochodzenie i szyickie wyznanie, wypędzeni ze swojej ojczyzny przez wojnę i nie mający pojęcia dokąd zostaną zawiezieni oraz co i jak długo będą robić, śmieją się i dowcipkują! Nie kryją radości widząc, że próbuję nawiązać z nimi jakiś kontakt, podłapują tureckie słownictwo, czym wprawiają w zachwyt prostolinijnego strażnika. Czy jest to jakiś mechanizm obronny, wytworzony w warunkach wojny, czy oni po prostu tacy już są? Na to pytanie nie potrafię sobie jednak odpowiedzieć.
Ze wszystkimi swoimi myślami dzielę się z Neslihan, która również jest poruszona. Pytam, jak po turecku powiedzieć uchodźca, a ona mnie - jak to brzmi po polsku. Powtarzam po niej 'multeci', a potem kolejno: 'refugee', 'uchodźca'i ponownie 'multeci'. Moja towarzyszka wieńczy wszystko lapidarnym komentarzem. "...w jakimkolwiek języku tego nie wypowiesz, zawsze brzmi wstrętnie.
Nienawidzę tego słowa..."
niedziela, 25 kwietnia 2010
Cem czyli modlitwa
Uroczystość odbywa się w Centrum Kultury Okręgu Seyhan w Adanie (Seyhan Kültür Merkezi), które znajduje się w samym centrum miasta, tuż obok ratusza (tur. Seyhan Belediyesi). Miasto podzielone jest na trzy wielkie okręgi municypalne: Balcalı, Yüreğir i właśnie Seyhan. Każdy z okręgów posiada własne władze z ratuszem, nad którymi góruje ratusz wielkomiejski (Büyükşehir Belediyesi) z merem miasta na czele. Cem organizowany jest przez Związek Kultury Alewickiej im. Pira Sułtana Abdala (Pir Sultan Abdal Alevi Kültür Derneği. Adana Şubesi). Jest to pierwsza tego typu uroczystość organizowana poza cemevi należącym do związku i odbywająca się w Centrum Kultury, pod okiem władz municypalnych. Można zatem stwierdzić, że alewici stają się mniejszością, która z wolna zyskuje społeczne znaczenie i nie musi obawiać się poważniejszych represji. Stąd opisywana uroczystość jet poniekąd wydarzeniem nie majacym precedensu w dotychczasowej historii Republiki Tureckiej. Zadziwiać może fakt, że wszystko odbywa się bardzo spokojnie, a większość sunnicka zdaje się nie oponować. Uwagę przykłuwa również miejsce, w którym ceremonia się odbywa – jest to , jak już wspomniałem miejski dom kultury, wynajęty przez Związek. Widać, że władze podchodzą do kwestii alewitów z większym dystansem i wyrozumiałością, aniżeli kilka lat temu.
Organizatorem tego kulturalno – religijno – społecznego wydarzenia jest wspomniany wcześniej Związek im. Pira Sułtana Abdala. Watro przybliżyć tutaj sylwetkę patrona.
Pir Sułtan Abdal był żyjącym na przełomie XV i XVI stulecia sufickim poetą z okolic środkowo–anatolijskiego miasta Sivas. Pisze o nim min. polski podróżnik i reporter Max Cegielski w swojej książce „Oko Świata. Od
Konstantynopola do Stambułu”. Abdal w swojej poezji ośmielał się krytykować ówczesne władze osmańskie. Jego wystąpienia porywały lokalną ludność. Stąd też stał się Pir postacią niebezpieczną dla namiestników sułtana, za co został skazany na śmierć i powieszony.
Cegielski w swojej książce wspomina rozmowę z alewickim dede, jaką udało mu się przeprowadzić w jednej ze stambulskich herbaciarni.
Mężczyzna relacjonuje, że w dzień po egzekucji na szubienicy pozostało tylko ubranie. To wydarzenie miało dowodzić mistycznego zespolenia z Bogiem, jakie było udziałem Pira, którego osmańskie dowództwo było władne unicestwić jedynie fizycznie. Skazany pozostawił po sobie poezję i życiorys, w których dzisiejsi alewici dopatrują się ponadczasowej symboliki. Prześladowana przez wieki mniejszośc znalazła w Abdalu bohatera, który mimo zejścia z tego świata, wciąż pozostał żywy.
Jest on zatem, zaraz po Dżallaluddinie Rumim i Hadżim Bektaszu, kolejną postacią wokół której alewici rozwijają swoją świadomość, kulturę i obrzędowość. Obraz przedstawiający jego sylwetkę, trzymającą uniesioną w powietrze guślę, góruje nad sceną Centrum Kultury, gdzie odprawiane są modły.
Opisywana uroczystość jest drugą w czasie mojego pobytu w Turcji tego typu ceremonią, w jakiej mam okazję wziąć udział, ale pierwszą, w jakiej mogę uczestniczyć w pełnym wymiarze czasowym. Wnętrze budynku przypomina salę teatralną, z tym że za sceną, po drugiej stronie znajduje się kolejne kilkanaście rzędów siedzeń. Sam zajmuję miejsce na balkonie, gdyż dół jest już szczelnie wypełniony. Z góry jednak, doskonale widzę nie tylko scenę, na której prowadzona jest ceremonia, ale również zgromadzonych po obu stronach wiernych, których w sumie zebrało się około półtora tysiąca. Mam zatem okazję przyjżeć się temu, w jaki sposób przeżywają oni swoje uczestnictwo w cemie.
Na scenie centralne miejsce zajmuje siedzisko dla dede , któremu asystuje dwóch mężczyzn. Cała trójka gra na guślach i odśpiewuje religijne pieśni.
Prowadzący są ustawieni bokami do obu części widowni. Przed nimi znajduje sie wyłożona dywanami wolna przestrzeń, na której odbywają się poszczególne elementy liturgii oraz rytualny taniec semah.
Przestrzeń ta otoczona jest materacami, na których spoczywają tańczący, oraz dostojni panowie, asystujący przy odprawianiu modłów.
Ponad sceną wznoszą się portrety szczególnie czczonych przez alewitów osobistości. Są to Ali ibn Abu Talib, Hadżi Bektesz Weli, wspominany Pir Sułtan Abdal, Mustafa Kemal Atatürk oraz rzecz szczególnie godna uwagi –
zbiorowy portret ze zdjęć trzydziestu sześciu uczestników kongresu jaki odbył się w 1993 roku, w Sivas – nota bene w rodzinnych stronach Pira Sułtana Abdala. Wszyscy przedstawieni padli ofiarą zamachu zorganizowanego przez sunnickich ekstremistów, którzy podłożyli ogień pod hotel Madmak, gdzie odbywał się kongres. Pod twarzami znajduje się napis :
„ Unutmadık. Unutturmayacağız ”, czyli „ Nie zapomnieliśmy. Nie pozwolimy zapomnieć ”. Jest to wyraz męczeństwa i pamięci dla ofiar ataku jaki miał miejsce tam, gdzie żył i tworzył pierwszy wielki męczennik alewizmu.
Uroczystość rozpoczyna się od odczytu poezji patrona lokalnego związku, po którym następuje przemówienie przewodniczęcego.
Należy tutaj wyjaśnić, że alewickie gminy wyznaniowe, prócz przywódców duchowych, jakimi są wywodzący swoje pochodzenie od Proroka bądź dwunastu imamów dede, mają także przywódców świeckich, wyznaczanych w drodze wyborów. Duchowe przywództwo dede jest niepodważalne. Jest on najwyższym aurorytetem w kwestiach religijnych i moralnych, godność ta uprawnia do pełnienia funkcji liturgicznych i arbitrażowych. Obieralni dyrektorzy natomiast, pełnią funkcje organizacyje i poprzez reprezentowanie wspólnoty na zewnątrz – również polityczne. W takim właśnie duchu wypowiada się przewodniczący Związku Pira Sułtana Abdala. Wyraża zadowolenie z faktu, iż spotkanie może odbywać się w państwowym domu kultury. Głosi hasła jedności między narodami zamieszkującymi Republikę Turecką oraz przypomina, że urzędujące władze otworzyły drzwi do pojednania z ludnością kurdyjską. „ Nadszedł więc czas, aby te same drzwi otworzyć przed alewitami! Wiele przecierz nie oczekujemy” – postuluje. Przemówienie zostaje nagrodzone gromkimi brawami.
Po tym wystąpieniu głos zabiera dede, który rozpoczyna od śpiewania religijnych pieśni wychwalających dwunastu imamów i Hadżiego Bektasza.
Potem rozpoczyna mowę wprowadzającą do właściwej modlitwy. Przypomina to wygłaszaną przez chrześcijańskich kaznodziejów homilię. Dede opowiada o duchowej powadze obrzędu. Mowa trwa mniej więcej godzinę. Po niej nastepuje kilkunastominutowa przerwa, po której ma się rozpocząć właściwa ceremonia.
Ta z koleji, rozpoczyna się od kilkunastominutowego wprowadzenia artykułowanego przez duchownego, który nie ma przed sobą żadnej księgi, z której odczytuje się tekst modlitwy, ani śpiewnika. W tym momencie ceremonia trwa już około półtorej godziny i ci z zebranych, którzy pryprowadzili małe dzieci, zaczynają miec z nimi problemy. Prowadzący nie kryje swojej irytacji i prosi aby w tym podniosłym momencie wyprowadzić lub uspokoić niesforne maluchy. Również ci spośród zebranych, którzy są sunnitami, a na ceremonie przyszli z ciekawości, zaczynają okazywać znużenie. Tym niemniej, ceremonia trwa nadal, a przed obliczem kapłana pojawiają się dostojni panowie w kwiecie wieku w liczbie dwunastu, którzy odtąd asystują przy odprawianiu modlitwy, a także tancerze – w takiej samej ilości. Tancerzom daleko jednak do derwiszów znanych z opisów zekru w sufickich tarikatach, czy wdzięcznie wirujących mężów z mauzoleum Rumiego w Konyi. Bardziej pasuje do nich określenie semahci – czyli odprawiający rytualny taniec semah.
Ich liczba nie jest jednak przypadkowa. Symbolizuje ona, jak powiada dede, dwónastu imamów, czy też dwanaście miesięcy w roku. Pokazuje to zatem pewnego rodzaju harmonię Świata. Zespół składa sie zarówno z tancerzy, jak i z tancerek, przy czym dziesięcoro z nich nie ma więcej niż dwadzieścia lat. Jeden z nich ma około trzydziestu kilku lat, a najstarszy z nich, w średnim wieku, stoi z boku dzierżąc drewnianą laskę i sprawuje niejako pieczę nad prawidłowym przebiegiem całego odbrzędu. Mężczyżni ubrani są w białe koszule, dziewczęta w czarne. Wszyscy mają biodra przewiązane czerwoną wstążką. Brakuje im natomiast charakterystycznych czerwonych nakryć głowy, którym alewici zawdzięczają jeden ze swoich przydomków – kyzyłbasze ( tur. kızılbaş – czerwona głowa), we współczesnej Turcji ponoć pogardliwy.
Tancerze, oprócz odprawiania semah, pełnią funkcję podobną do ministrantów w kościele katolickim, to znaczy pomagają przy odprawianiu liturgii.
Nie dokonuje się rytualnej ablucji, ale zamiast tego obmywa się ręce na znak oczyszczenia. Dwójka tancerzy przynosi dzban z wodą oraz miskę. Pierwszy obmycia dokonuje dede, po nim asystujący mu mężczyźni. Potem sprawuje się poszczególne elementy nabożeństwa, które dla nie–alewity mogą wydawać się kompletnie niezrozumiałe. Zapala się stojące przed prowadzącym świece. Przy zapalaniu każdej z nich wykrzykuje sie kolejno: Ya Allah! Ta Muhammed! Ya Ali! Prowadzona liturgia przeplata ze sobą elementy aktywnej modlitwy i kazania.
Zebrani wokół prowadząceco raz przyklękają i kłaniają się, raz siadają wygodnie na rozłożonych materacach i uważnie słuchają mowy swojego mistrza. W modlitwę włączone są pieśni śpiewnane przy akompaniamencie guśli
i niosące zawoławnie La illaha Alla Allah! – Nie ma Boga, jak tylko Bóg!
Pozostali uczestnicy tego religijnego spotkania obserwują i słuchają w skupieniu, a niektórzy z nich, znajdujący się w stanie najwyższego przebówtwienia kołyszą się i wykrzykują spontanicznie Imię Boże.
Końcowym elementem cemu jest semah. Tancerze niesieni śpiewem i muzyką schodzą się w krąg, a potem biegają w koło obracając sie wokół własnej osi. Potem łączą sie w pary wykonując pełen rytmicznej gestykulacji, zsynchronizowany taniec. Po odprawieniu tego końcowego rytuału dede odmawia modlitwę zakończenia. Po tej modlitwie, dwójka sposród wcześniej tańczących wychodzi na środek ze słomianą miotłą i wykonuje trzy ruchy symbolizujące zamiatanie i zakończenie modłów. Kolejno : w imię Najwyższego, jego posłańca oraz prawowitego sukcesora po Proroku.
Na sam już koniec wszyscy uczestnicy zostają pokropieni wodą z kielicha zwaną dem , czasami używa sie do tego również wina. Przy wyjściu każdy otrzymuje Lokmę – symboliczny posiłek, tym razem złożony z tureckich słodyczy zwanych bezalye. Przed jego otrzymaniem, jak mówi dede, należy wyrazić swą radość z otrzymanego podarunku. W ten sposób każdy, kto udaje się w drogę powrotną zostaje pokrzepiony zarówno duchowo, jak i fizycznie.
W ten oto sposób kończy się pierwszy cem odprawiany w Adanie pod okiem merostwa. Sama ceremonia, pod wieloma względami różni się od namazu w sunnickim meczecie. Właściwie, poza kilkoma symbolicznymi pokłonami, modlitwy alewitów i ortodoksyjnych muzułmanów w niczym nie są do siebie podobne. Zarówno dla tradycyjnego sunnity, jak i nieobeznanego z obrzędowśocią nie-muzułanina cem jest rzeczą szokujacą. Dla pierwszego, ze względu na odstępstwa od przyjętego kanonu, alewicka ceremonia będzie jawić się jako heretyckie pacierze, dla drugiego zaś będzie obrzędem nijak mającym się do obrazu wytworzonego przez ogólnie dostępne środki przekazu.
Fakt, że uroczystość odbywa się w państwowym domu kultury, ma natomiast dwojaki wymiar. Z jednej strony jest to uznanie przez władze prawa alewitów do wyrażania swojej odrębności i wolności kultu religijnego, z drugiej zaś, wierni nie uczestniczą w ceremoni w pełni. Siedzą w fotelach i nie mogą przyklękac i kłaniać się przed Stwórcą. W tym wypadku cem wygląda zatem jak wydarzenie bardziej kulturalne niż religijne, gdzie wierni są w większym stopniu widownią, aniżeli aktywnymi uczestnikami. Na ile zatem jest to techniczna niemożność pełnego uczestnictwa, a na ile traktowanie ceremonii jako wydarzenia kulturalnego, ciężko stwierdzić. Niemniej jednak, mając w świadomości klimat jaki towarzyszył przedstawicielom tej konfesji jeszcze kilka lat temu, możliwość zorganizowania uroczystości pod okiem państwa należy uznać za wielki sukces dający uzasadnione nadzieje na przyjście lepszych czasów.
Organizatorem tego kulturalno – religijno – społecznego wydarzenia jest wspomniany wcześniej Związek im. Pira Sułtana Abdala. Watro przybliżyć tutaj sylwetkę patrona.
Pir Sułtan Abdal był żyjącym na przełomie XV i XVI stulecia sufickim poetą z okolic środkowo–anatolijskiego miasta Sivas. Pisze o nim min. polski podróżnik i reporter Max Cegielski w swojej książce „Oko Świata. Od
Konstantynopola do Stambułu”. Abdal w swojej poezji ośmielał się krytykować ówczesne władze osmańskie. Jego wystąpienia porywały lokalną ludność. Stąd też stał się Pir postacią niebezpieczną dla namiestników sułtana, za co został skazany na śmierć i powieszony.
Cegielski w swojej książce wspomina rozmowę z alewickim dede, jaką udało mu się przeprowadzić w jednej ze stambulskich herbaciarni.
Mężczyzna relacjonuje, że w dzień po egzekucji na szubienicy pozostało tylko ubranie. To wydarzenie miało dowodzić mistycznego zespolenia z Bogiem, jakie było udziałem Pira, którego osmańskie dowództwo było władne unicestwić jedynie fizycznie. Skazany pozostawił po sobie poezję i życiorys, w których dzisiejsi alewici dopatrują się ponadczasowej symboliki. Prześladowana przez wieki mniejszośc znalazła w Abdalu bohatera, który mimo zejścia z tego świata, wciąż pozostał żywy.
Jest on zatem, zaraz po Dżallaluddinie Rumim i Hadżim Bektaszu, kolejną postacią wokół której alewici rozwijają swoją świadomość, kulturę i obrzędowość. Obraz przedstawiający jego sylwetkę, trzymającą uniesioną w powietrze guślę, góruje nad sceną Centrum Kultury, gdzie odprawiane są modły.
Opisywana uroczystość jest drugą w czasie mojego pobytu w Turcji tego typu ceremonią, w jakiej mam okazję wziąć udział, ale pierwszą, w jakiej mogę uczestniczyć w pełnym wymiarze czasowym. Wnętrze budynku przypomina salę teatralną, z tym że za sceną, po drugiej stronie znajduje się kolejne kilkanaście rzędów siedzeń. Sam zajmuję miejsce na balkonie, gdyż dół jest już szczelnie wypełniony. Z góry jednak, doskonale widzę nie tylko scenę, na której prowadzona jest ceremonia, ale również zgromadzonych po obu stronach wiernych, których w sumie zebrało się około półtora tysiąca. Mam zatem okazję przyjżeć się temu, w jaki sposób przeżywają oni swoje uczestnictwo w cemie.
Na scenie centralne miejsce zajmuje siedzisko dla dede , któremu asystuje dwóch mężczyzn. Cała trójka gra na guślach i odśpiewuje religijne pieśni.
Prowadzący są ustawieni bokami do obu części widowni. Przed nimi znajduje sie wyłożona dywanami wolna przestrzeń, na której odbywają się poszczególne elementy liturgii oraz rytualny taniec semah.
Przestrzeń ta otoczona jest materacami, na których spoczywają tańczący, oraz dostojni panowie, asystujący przy odprawianiu modłów.
Ponad sceną wznoszą się portrety szczególnie czczonych przez alewitów osobistości. Są to Ali ibn Abu Talib, Hadżi Bektesz Weli, wspominany Pir Sułtan Abdal, Mustafa Kemal Atatürk oraz rzecz szczególnie godna uwagi –
zbiorowy portret ze zdjęć trzydziestu sześciu uczestników kongresu jaki odbył się w 1993 roku, w Sivas – nota bene w rodzinnych stronach Pira Sułtana Abdala. Wszyscy przedstawieni padli ofiarą zamachu zorganizowanego przez sunnickich ekstremistów, którzy podłożyli ogień pod hotel Madmak, gdzie odbywał się kongres. Pod twarzami znajduje się napis :
„ Unutmadık. Unutturmayacağız ”, czyli „ Nie zapomnieliśmy. Nie pozwolimy zapomnieć ”. Jest to wyraz męczeństwa i pamięci dla ofiar ataku jaki miał miejsce tam, gdzie żył i tworzył pierwszy wielki męczennik alewizmu.
Uroczystość rozpoczyna się od odczytu poezji patrona lokalnego związku, po którym następuje przemówienie przewodniczęcego.
Należy tutaj wyjaśnić, że alewickie gminy wyznaniowe, prócz przywódców duchowych, jakimi są wywodzący swoje pochodzenie od Proroka bądź dwunastu imamów dede, mają także przywódców świeckich, wyznaczanych w drodze wyborów. Duchowe przywództwo dede jest niepodważalne. Jest on najwyższym aurorytetem w kwestiach religijnych i moralnych, godność ta uprawnia do pełnienia funkcji liturgicznych i arbitrażowych. Obieralni dyrektorzy natomiast, pełnią funkcje organizacyje i poprzez reprezentowanie wspólnoty na zewnątrz – również polityczne. W takim właśnie duchu wypowiada się przewodniczący Związku Pira Sułtana Abdala. Wyraża zadowolenie z faktu, iż spotkanie może odbywać się w państwowym domu kultury. Głosi hasła jedności między narodami zamieszkującymi Republikę Turecką oraz przypomina, że urzędujące władze otworzyły drzwi do pojednania z ludnością kurdyjską. „ Nadszedł więc czas, aby te same drzwi otworzyć przed alewitami! Wiele przecierz nie oczekujemy” – postuluje. Przemówienie zostaje nagrodzone gromkimi brawami.
Po tym wystąpieniu głos zabiera dede, który rozpoczyna od śpiewania religijnych pieśni wychwalających dwunastu imamów i Hadżiego Bektasza.
Potem rozpoczyna mowę wprowadzającą do właściwej modlitwy. Przypomina to wygłaszaną przez chrześcijańskich kaznodziejów homilię. Dede opowiada o duchowej powadze obrzędu. Mowa trwa mniej więcej godzinę. Po niej nastepuje kilkunastominutowa przerwa, po której ma się rozpocząć właściwa ceremonia.
Ta z koleji, rozpoczyna się od kilkunastominutowego wprowadzenia artykułowanego przez duchownego, który nie ma przed sobą żadnej księgi, z której odczytuje się tekst modlitwy, ani śpiewnika. W tym momencie ceremonia trwa już około półtorej godziny i ci z zebranych, którzy pryprowadzili małe dzieci, zaczynają miec z nimi problemy. Prowadzący nie kryje swojej irytacji i prosi aby w tym podniosłym momencie wyprowadzić lub uspokoić niesforne maluchy. Również ci spośród zebranych, którzy są sunnitami, a na ceremonie przyszli z ciekawości, zaczynają okazywać znużenie. Tym niemniej, ceremonia trwa nadal, a przed obliczem kapłana pojawiają się dostojni panowie w kwiecie wieku w liczbie dwunastu, którzy odtąd asystują przy odprawianiu modlitwy, a także tancerze – w takiej samej ilości. Tancerzom daleko jednak do derwiszów znanych z opisów zekru w sufickich tarikatach, czy wdzięcznie wirujących mężów z mauzoleum Rumiego w Konyi. Bardziej pasuje do nich określenie semahci – czyli odprawiający rytualny taniec semah.
Ich liczba nie jest jednak przypadkowa. Symbolizuje ona, jak powiada dede, dwónastu imamów, czy też dwanaście miesięcy w roku. Pokazuje to zatem pewnego rodzaju harmonię Świata. Zespół składa sie zarówno z tancerzy, jak i z tancerek, przy czym dziesięcoro z nich nie ma więcej niż dwadzieścia lat. Jeden z nich ma około trzydziestu kilku lat, a najstarszy z nich, w średnim wieku, stoi z boku dzierżąc drewnianą laskę i sprawuje niejako pieczę nad prawidłowym przebiegiem całego odbrzędu. Mężczyżni ubrani są w białe koszule, dziewczęta w czarne. Wszyscy mają biodra przewiązane czerwoną wstążką. Brakuje im natomiast charakterystycznych czerwonych nakryć głowy, którym alewici zawdzięczają jeden ze swoich przydomków – kyzyłbasze ( tur. kızılbaş – czerwona głowa), we współczesnej Turcji ponoć pogardliwy.
Tancerze, oprócz odprawiania semah, pełnią funkcję podobną do ministrantów w kościele katolickim, to znaczy pomagają przy odprawianiu liturgii.
Nie dokonuje się rytualnej ablucji, ale zamiast tego obmywa się ręce na znak oczyszczenia. Dwójka tancerzy przynosi dzban z wodą oraz miskę. Pierwszy obmycia dokonuje dede, po nim asystujący mu mężczyźni. Potem sprawuje się poszczególne elementy nabożeństwa, które dla nie–alewity mogą wydawać się kompletnie niezrozumiałe. Zapala się stojące przed prowadzącym świece. Przy zapalaniu każdej z nich wykrzykuje sie kolejno: Ya Allah! Ta Muhammed! Ya Ali! Prowadzona liturgia przeplata ze sobą elementy aktywnej modlitwy i kazania.
Zebrani wokół prowadząceco raz przyklękają i kłaniają się, raz siadają wygodnie na rozłożonych materacach i uważnie słuchają mowy swojego mistrza. W modlitwę włączone są pieśni śpiewnane przy akompaniamencie guśli
i niosące zawoławnie La illaha Alla Allah! – Nie ma Boga, jak tylko Bóg!
Pozostali uczestnicy tego religijnego spotkania obserwują i słuchają w skupieniu, a niektórzy z nich, znajdujący się w stanie najwyższego przebówtwienia kołyszą się i wykrzykują spontanicznie Imię Boże.
Końcowym elementem cemu jest semah. Tancerze niesieni śpiewem i muzyką schodzą się w krąg, a potem biegają w koło obracając sie wokół własnej osi. Potem łączą sie w pary wykonując pełen rytmicznej gestykulacji, zsynchronizowany taniec. Po odprawieniu tego końcowego rytuału dede odmawia modlitwę zakończenia. Po tej modlitwie, dwójka sposród wcześniej tańczących wychodzi na środek ze słomianą miotłą i wykonuje trzy ruchy symbolizujące zamiatanie i zakończenie modłów. Kolejno : w imię Najwyższego, jego posłańca oraz prawowitego sukcesora po Proroku.
Na sam już koniec wszyscy uczestnicy zostają pokropieni wodą z kielicha zwaną dem , czasami używa sie do tego również wina. Przy wyjściu każdy otrzymuje Lokmę – symboliczny posiłek, tym razem złożony z tureckich słodyczy zwanych bezalye. Przed jego otrzymaniem, jak mówi dede, należy wyrazić swą radość z otrzymanego podarunku. W ten sposób każdy, kto udaje się w drogę powrotną zostaje pokrzepiony zarówno duchowo, jak i fizycznie.
W ten oto sposób kończy się pierwszy cem odprawiany w Adanie pod okiem merostwa. Sama ceremonia, pod wieloma względami różni się od namazu w sunnickim meczecie. Właściwie, poza kilkoma symbolicznymi pokłonami, modlitwy alewitów i ortodoksyjnych muzułmanów w niczym nie są do siebie podobne. Zarówno dla tradycyjnego sunnity, jak i nieobeznanego z obrzędowśocią nie-muzułanina cem jest rzeczą szokujacą. Dla pierwszego, ze względu na odstępstwa od przyjętego kanonu, alewicka ceremonia będzie jawić się jako heretyckie pacierze, dla drugiego zaś będzie obrzędem nijak mającym się do obrazu wytworzonego przez ogólnie dostępne środki przekazu.
Fakt, że uroczystość odbywa się w państwowym domu kultury, ma natomiast dwojaki wymiar. Z jednej strony jest to uznanie przez władze prawa alewitów do wyrażania swojej odrębności i wolności kultu religijnego, z drugiej zaś, wierni nie uczestniczą w ceremoni w pełni. Siedzą w fotelach i nie mogą przyklękac i kłaniać się przed Stwórcą. W tym wypadku cem wygląda zatem jak wydarzenie bardziej kulturalne niż religijne, gdzie wierni są w większym stopniu widownią, aniżeli aktywnymi uczestnikami. Na ile zatem jest to techniczna niemożność pełnego uczestnictwa, a na ile traktowanie ceremonii jako wydarzenia kulturalnego, ciężko stwierdzić. Niemniej jednak, mając w świadomości klimat jaki towarzyszył przedstawicielom tej konfesji jeszcze kilka lat temu, możliwość zorganizowania uroczystości pod okiem państwa należy uznać za wielki sukces dający uzasadnione nadzieje na przyjście lepszych czasów.
środa, 21 kwietnia 2010
Dede, czyli dziadek. Duchowy przewodnik.
Rozmowa, podobnie jak poprzednio, odbywa sie w bibliotece miejskiej w Yenice, 13 lutego 2010 roku. Jest sobota, więc jesteśmy świerzo po naszym udziale w cemie , który odbywa się w co drugi piątek. Nie udało nam się porozmawiać z dede bezpośrednio po ceremonii, więc odwiedzamy Yenice właśnie w sobotę, nastepnego dnia. Podobnie, jak poprzednim razem, towarzyszy mi tłumaczka, studentka filologii francuskiej.
Spotkanie z naszym dostojnym rozmówcą, doszło do skutku dzięki pomocy
Muharrema Serina, działacza tutejszej organizacji alewickiej, biorącego aktywny udzial w życiu organizacyjnym i duchowym społeczności.
To jego prosiliśmy o wstawiennictwo, starając się o spotkanie z przywódcą duchowym.
Nasz rozmówca nazywa się Hüseyin Özer, przez lokalnych wyznawców nazywany jest jednak Murat dede, ma 61 lat, ukończył szkołę średnią, jest
emerytowanym robotnikiem tekstylnym. Fakt, że przywódca religijny jest byłym robotnikiem jest również znamienny i godzien odnotowania. W alewickim systemie wartości ludzie pracy cieszą się szczególnym szacunkiem, co też jest jednym z czynników wpływających na preferencje polityczne członków tej grupy wyznaniowej, która tradycyjnie popiera lewicowe ugrupowania. Tezę też potwierdza w prywatnej rozmowie dr Fulya Memişoǧlu z wydziału stosunków międzynarodowych Uniwersytetu Çukurova w Adanie, zajmująca się na codzień min. mniejszościami etnicznymi i religijnymi w Turcji. Hüseyin Özer, prawo do posługiwania się tytułem dede, nabył przez urodzenie, tj. pochodzi z rodu Kurişen, który wegług tradycji miał założyć ósmy z dwunastu imamów szyizmu (i alewizmu również)- Ali Sułtan Reza. Nasz rozmówca jest aktywnym działaczem ogólnotureckiej, alewickiej fundacji Cem, której najbliższy oddział ma swą siedzibę w Adanie. Tam też p. Hüseyin mieszka.
Rozmowę zaczynamy w języku Tureckim, od wymiany uprzejmości, przedstawienia się i określenia celu naszego spotkania. Ponieważ jednak, moja znajomość tureckiego nie jest jeszcze na tyle dobra, aby swobodnie rozmawiać na tematy dotyczące zawiłych kwestii, po wytłumaczeniu celu mojego przyjazdu, pytania zadaję po angielsku.
Dede wcześniej powiadomiony przez Muharrema, wie że interesuję się historią i obecną sytuacją alewitów w ogóle i nie kryje radości z powodu tego zainteresowania. Mówię, że w Polsce niewiele wiadomo o tym odłamie islamu i poza garstką naukowców i pasjonatów, nikt tak na prawde nic o nich nie wie. Sam również, chcę rozwiać własne wątpliwości, a także skonfrontować, to co usłyszę, z informacjami zaczerpniętymi z nielicznych źródeł, do których udało mi się dotrzeć. Interesuje mnie głównie historia i relacje z innymi odłamami islamu- głównie z sunnitami.
Podobnie, jak przy poprzedniej rozmowie, pozwalam rozmówcy samemu rozwinąć temat.
P. Hüseyin rozrysowuje na kartce schemat i przedstawia pomniejsze odłamy i szkoły, które zaliczyc można do alewizmu i sunnizmu. Wymienia więc cztery największe szkoły prawa islamskiego: Hanefi, Szaafi, Hambeli i Maliki. Nazwy wszystkich szkól biorą się z imion ich założycieli. Nie inaczej jest w przypadku alewitów. Tutaj padają nazwy bractw i odłamów, które tworzą alewizm jako całość. Są to Mewlewici, Bektaszyci- czyli bractwa sufickie, które założone w Anatolii w XIII stuleciu, miały niebotyczny wpływ na wyznawców islamu w tym regionie, oraz nausajryci, właściwi alewici i dżaferyci, czyli największe i najbardziej rozpoznawalne grupy wyznawców. Do wymienionych nazw dede dorzuca jeszcze, ku mojemu zaskoczeniu, szyitów (tur. Şii). Nad wszystkimi odłamami można zatem rozciągnąć parasol zwący się alewizmem, przy czym, według naszego dostojnego rozmówcy szyizm to odgałęzienie alewizmu a nie odwrotnie, jak się poeszechnie uważa(…)
Alewici nie przykładają wagi do narodowości, koloru skóry, języka itd.
Uważają się zatem za bardziej otwartych od konserwatywnych sunnitow i tak też są postrzegani przez innych moich rozmówców, niezależnie od deklarowanej konfesji, czy pochodzenia etnicznego. Należy jednak zaznaczyć, że wszyscy oni posiadali wyższe wykształcenie, lub byli studentami. Stąd ich religijna elastyczność lub otwarcie deklarowany ateizm. Wśród środowisk innych aniżeli akademickie, opinie na temat alewitów kształtowałyby się zapewne inaczej. Niemniej jednak, jak zauważa nasz rozmówca, aby być alewitą, należy spełniać określone kryteria. Alewitą właściwym (według niektórych opinii alewizm to nie tyle wyznanie, co określony styl życia- stąd przymiotnik ‘’właściwy’’) może być osoba urodzona jedynie z rodziców alewitów. Podobnie w przypadku nusajrytów, z tym że dochodzi tutaj jeszcze kryterium etniczne- są nimi jedynie syryjscy Arabowie. Konwertyta może przejść na bektaszyzm, po tym jak posiadł religijną wiedzę zaczerpniętą w domu derwiszów, zwanym dergah, szczególnie popularnym na Bałkanach, gdzie przechodzący na islam składali swoisty ryt wyznania- po turecku- ikrar cemi, zobowiązując się do przestrzegania zasad wiary, po uprzednim zapoznaniu się z nauką, głoszoną przez bractwo. Tutaj dede podkreśla, że nawracanie nie odbywało się ani siłą, ani masowo, jak miało to miejsce wśród Turków przyjmujących islam sunnicki, wypowiadających jedynie szahadę, bez jakiejkolwiek wiedzy na temat wiary i stających się automatycznie pełnoprawnymi muzułmanami. Stąd wyznawcy alewizmu uważją się za ‘’prawdziwych’’ wyznawców islamu. Wyznawcy dzielą się na dwie grupy. Pierwsza to bel evladı, czyli dosłownie ‘’syn lędźwi’’- urodzony alewita. Druga natomiast, zwie się yol evladı – nawrócony,’’syn drogi’’, który przyjął naukę, a religijnego oświecenia dostąpił niejako na ścieżce poznania, pogłębiając swą wiedzę religijną.
Kolejnym zagadnieniem, które tłumaczy p. Huseyin jest pochodzenie alewitów. Tutaj mowa jest o plemionach turkmeńskich, które Islam przyjęły za pośrednictwem Persów, dla których jedną z centralnych postaci jest Ali ibn Abu Talib. Szamanistycznym ludom stepu bliżej było zatem do koncepcji, gdzie wyeksponowana jest osoba zarwóno Proroka, jak i jego zięcia, jako pośredników pomiędzy ludźmi, a wciąż niezmiernie odległym Bogiem, który jest Jedyny i Wszechmogący. Stąd też kult świętych, stanowczo odrzucany przez ortodoksyjnych sunnitów. Plemiona tureckie gnębione suszą, migrowały ze Środkowej Azji na południe do Chorasanu, który był ważnym średniowiecznym ośwrodkiem kulturowym, religijnym, intelektualnym i handlowym. Tędy przebiegał słynny Szlak Jedwabny, o którym nasz dostojny rozmówca nie omieszkuje wspomnieć (tur. İpek Yolu ). Tą właśnie drogą wędrowali kupcy z Chin, Indii, Europy i Bliskiego Wschodu. Formowanie się tureckich wierzeń w tak różnorodnym i kosmopolitycznym środowisku można zatem uznać za jeden z czynników, który wpłynął na uderzająco synkretyczny kształt alewizmu. We wczesnych jego dziejach bardzo silne były wpływy takich religii jak wspomniany szamanizm oraz buddyzm i zaratusztrianizm. Do Anatolii dotarł alewizm na skutek migracji wywołanych nawałą mongolską, która nie ominęła Azji Środkowej oraz Bliskiego i Środkowego Wschodu ( tutaj pada wyrażenie Moğol fırtınası, gdzie tureckie slowo fırtına oznacza burze, nawałnicę – znać, że tamte wypadki odcisnęły się w tutejszej pamięci nie mniej silnie niż w Europie Wschdniej, gdzie znane są pod taką samą nazwą). Według duchowego przywódcy, Imperium Osmańskie powstało w oparciu o alewicki system społeczy, a w początkowych jego dziejach alewici stanowili jego główny komponent. Dopiero za czasów sułtana Jawuza Selima w XVI w. zaczęło dochodzić do represji. Sułtan wojował wówczas z perskim szahem Ismaelem, a alewici, których wiara wprost wywodziła się z szyizmu mogli w jego oczach stanowić “piątą kolumnę”. Szyiccy Persowie byli bowiem heretykami, z którymi sunnicka władza osmańska walczyła w obronie czystej wiary muzułmańskiej. Wtedy właśnie gwałtownie zmalała liczba alewitów w Anatolii, którzy od tego czasu żyli i modlili się w ukryciu. Tutaj dede powtarza opowiedzianą mi przez Muhittina Kirişa historie represji.
Aby zrozumieć alewizm, jako system religijny nie można pominąć osoby Hadżiego Bektasza. Pytam p. Hüseyina o narodowość tego trzynastowiecznego mistyka. Przygotowując się do naszego spotkania znalazłem opracowania Yaşara Nuri Öztürka, który nie był do końca przekonany, co do przynależności etnicznej Bektasza. Dede jest natomiast przekonany, ze był on Turkiem. Jak się później okazuje, jest to prawda, gdyż, Alexander Knysh w książce Islamic Misticism. A Short History potwierdza tę informację. Hadżi Bektasz Weli urodził się w miejscowości Nişabur w Chorezmie. Był uczniem tarikatu Ahmada Yesewiego, którego jednak nigdy nie było mu dane spotkać. Jego duchowym przewodnikiem i mistycznym mentorem był derwisz Lokman Perende, który, jak utrzymuje Hüseyin Özer, był tym dla Hadżiego Bektasza, kim Szams z Tebrizu był dla Dzalaluddina Rumiego. O tej drugiej parze będzie mowa nieco później. Przy okazji wysłuchujemy legendy, według której Hadżi Bektasz udał się do Anatolii nie tyle w ucieczce przed Mongołami, a po to, aby zanieść pokój, krainie stale nękanej wojnami i sporami między poszczególnymi wodzami. Mial on zawitać do dzisiejszej Turcji przynosząc białego gołębia symbolizującego pokój. W tym momencie, jeden z nastolatków przysłuchujących się naszej rozmowie przynosi figurkę przedstawiającą tego właśnie ptaka. Drugi z chłopców demonstruje znany już nam obraz, na którym widnieje Hadżi Bektasz tulący do siebie sarenkę i młodego lwa. Założycielem tarikatu Bektaszytów był uczeń Hadżiego- Balım Sułtan. Sukcesja po szejku, jest jednak sprawą wywołującą konflikt. Jedna z grup utrzymuje, ze Hadżi Bektasz był, żonaty z jedną z członkiń Bractwa (Bektaszyci są ewnementem, gdyż jako jedyni pozwalali wstępować w swoje szeregi również kobietom) i miał z nią syna- Sarı Ismaela. Zwolennicy tej wersji wywodzą swoje pochodzenie od tego właśnie, rzekomego potomka Mistrza i uwarzają, że sukcesja należy się jego rodowi. Grupa ta zwała się Çelebi, a w dzisiejszej Turcji, z tej linii swoje pochodzenie wywodzi słynna i niezwykle wpływowa rodzina Ulusoy. Druga z grup roszczących sobie pretensje do sukcesji po Hadżim Bektaszu zwie się Müciret, a jej czlonkowie twierdzą, że Mistrz nigdy nie był żonaty i z tej przyczyny szejk powinien być wybierany spośród członków tarikatu. Niemniej jednak ogólne wartości wyznawane przez bractwo pozostają niezmienne. Ważne jest samodoskonalenie, przejawiające się zarówno w szlifowaniu posiadanych zdolności jak i charakteru, ale również i posłuszeństwo.
Hierarchia bektaszytów różni się nieco od alewickiej. Odpowiednikiem alewickiego dede jest baba, o czym miałem okzaję się dowiedzieć podczas wcześniejszego spotkania z Muhittinem Kirişem. P. Hüseyin skupia się jednak na duchowym wymiarze przywództwa i wymienia kolejne rangi. Nad babą stoją Halife baba i posniş, który osiągnął najwyższy stopień wtajemniczenia. W alewizmie wymienionym stopniom odpowiadają: przewodnik - rehber (dede), pir- odprawiający cem i mistrz, którym jest murşid. Poszczególne rangi przechodzi się w miarę powiększania wiedzy religijnej i osiągania duchowej doskonałości. Droga od baby do posnişa zwie się icazet. Kandydat do przyjęcia godności to talip (talib), czyli po prostu uczeń. U alewitów natomiast, przechodzenie kolejnych stopni nazywane jest ocak, co w tym kontekście oznacza przynależność do rodu wywodzącego swoje pochodzenie od Mahometa, Alego lub dwunastu Imamów. Mówiąc o swoim pochodzeniu dede używa nazwy Kurişen Ocaǧı, co oznacza ród Kurişen i jest zarezerwowane dla potomków Mahometa i świętych. Nasz rozmówca jest pirem. Można więc powiedzieć, że znajduje się w połowie drogi do osiągnięcia duchowego mistrzowstwa.
Czynnikiem, który również w niebagatelny sposób przyczynił się do rozwoju alewizmu i islamu wogóle jest bractwo Mewlewitów, kontynułuące myśl jednego z największych filozofów-mistyków islamu- Maulany Dżalalluddina Rumiego. O rzeczonym bractwie i jego natchnionym założycielu Murat dede również nam opowiada. Dżallaluddin przybył do Anatolii- zwanej wówczas Rumelią (tur. Rum, stąd nazwisko Rumi), podobnie jak Hadżi Bektasz Weli w XIII stuleciu z Chorasanu w przedzień najazdu mongolskiego i osiadł w mieście Konya, stolicy państwa Turków Seldżuckich. W przeciwieństwie do Bektasza nie był on Turkiem, a Persem. Pisał w ojczystym języku. Według tradycji Dżallaluddin początkowo był religijnym fundamentalistą, lub przynajmniej za takiego był uważany. Zakazywał nawet uprawy winorośli, gdyż, jak powiadał, ludzie mogą fermentować jej owoce, a przecież picie wina to haram- ciężki grzech, który znacznie oddala człowieka od Boga. Lud Konyi podziwiał jego pobożność i bogobojność. Murat dede, opowiada nam jednak zdumiewającą anegdotę, która mówi o przemianie Rumiego.
Pewnego dnia Dżallaluddin idąc ulicami Konyi upuścił niesioną pod płaszczem butelkę, która się rozbiła. Ludzie zainteresowani tym błachym z pozoru wydarzeniem otoczyli Rumiego. W powietrzu rozniosła się woń wina. Przechodnie wpadli w konsternację. Oto najbardziej bogobojny i kurczowo trzymający się zasad wiary mieszkaniec miasta popija ukradkiem wino! Sam Dżallaluddin zaniemówił. Gdy tłum sposobił się do linczu, nagle wyłonił się starzec, który zaczął rozganiać zebranych ludzi. Starcem był Szams z Tebrizu, który przemawiając do zebranych stwierdził, że rozbita butelka zawiera nie wino, a olejek różany. Zebrani zaczęli sprawdzać, czy spod płaszcza Rumiego faktycznie wypadł olejek. Gdy upewnili sie, że starzec mówi prawdę zostawili Rumiego w spokoju. Za sprawą mistyka Szamsa ‘’wino olejkiem się stało’’. To wydarzenie wywarło na Dżallaluddinie ogromne wrażenie.
Tak według opowieści dede rozpoczęła się znajomość Dżallaluddina Rumiego z Szamsem z Tebrizu. Za jej sprawą Rumi stał stał się natchnionym poetą, którego
wiersze epatują miłością i tolerancją. Jego uczniowie nazwali go Maulaną (tur. Mevlana ), co oznacza “nasz mistrz”. Szams z Tebrizu zaś, swoją znajomość z Maulaną przypłacił zresztą życiem. Zazdrośni o Dżllaluddina przyjaciele najpierw nakłonili Szamsa by ten udał sie do Syrii, a gdy ten za namowami Rumiego wrócił- zamordowali go.
Bractwo mewlewitów rozkwitło po śmierci swego mistrza. Istotą wiary według jego przedstawicieli są tzw. cztery bramy (dőrt kapı), na które składają się szariat, tarikat oraz marifat – wiedza, i hakikat – prawda. Każda z bram ma dziesięć poziomów. W oparciu o te wartości kontynuowano nauczanie w duchu mistycyzmu. Jak twierdzi Murat dede, suficka większość sceptycznie odnosiła się do poezji Maulany, opierając się jedynie na Koranie i Hadisach, nie rozumiejąc do końca przesłanie płynącego z jego wierszy. Dede określa Maulanę jako obywatela Świata. Rok 2007 został zresztą ogłoszony przez UNESCO, rokiem pokoju i miłości a także natchnionych sufickich poetów-mistyków- Junusa Emre i właśnie Maulany Dżallaluddina Rumiego.
Przed wyjściem pytam, jak w dzisiejszej, sunnickiej i konserwatywnej Konyi jest odbierany Maulana i jego poezja. Według Murata dede, sunnici po zamknięciu bractw sufickich przez Ataütrka w 1924 roku, traktowali mauzoleum Rumiego tak samo, jak dzisiejsi zagraniczni turyści, którzy widzą w nim jedynie muzeum i atrakcję turystyczną. Na pytanie, o reakcje samych bractw na zamknięcie tarikatów tekke i szkół religijnych, dede odpowiada, że jakakolwiek reakcja była równoznaczna z wyrokiem śmierci wydanym, przez Trybunały Niepodległościowe, założone w trakcie walk z kurdyjską rebelią, którą dowodził w tym samym czasie szejk Said. Niemniej jednak, tarikaty przeniosły swoje siedziby na Bałkany, jak Bektaszyci, którzy odtąd rezydowali w Albanii, lub działały w ukryciu, bądź jako muzea. Sam stosunek do osoby Mustafy Kemala jest pełen uwielbienia, czego wyrazem jest broszka w klapie marynarki p. Hüseyina, przedstawiająca wizerunek wodza. Mimo represyjnej polityki, wobec bractw, na których nauce alewici w znacznej mierze się opierają, świeckie państwo położyło, przynajmniej w teorii, kres represjom ze strony rządzących sunnitów, o czym wspominał mój poprzedni rozmówca Muhittin Kiriş.
Jak mówi Murat dede, jednym z największych współczesnych problemów, z jakim borykają się alewici, jest brak choćby jednej instytucji, która zajmowałaby się tą mniejszością na poziomie uczelnianym. Mimo, że na większosci uniwersytetów w kraju istnieją wydziały teologii muzułmańskiej, to żaden z nich nie zajmuje się poważnie alewizmem i bektaszyzmem. Na przykład o nusajrytach, których pokaźna liczba żyje nie tylko w dawnym Sandżaku Aleksandretty (diś prow. Hatay), ale również i w Adanie oraz Mersin, sam dede wie stosunkowo niewiele. Wiadomo o wspólnym kulcie Alego, ale sprawy związane z obrzędowoścą stanowią tabu. Sami szejkowie nusajryccy niczego nie ujawniają. Znany jest założyciel sekty- imam Nusajri oraz ich potoczna nazwa- fellahi, czyli chłopi. Ponadto, mówi się, że konfesja ma swoje korzenie w zaratusztrianizmie, stąd ich arabska nazwa alawi, od alav czyli “ogień”.
Trudno jednak o żetelne badania dotyczące alewitów jako całej grupy wyznaniowej, dzielącej się na wymienione przez naszego rozmówcę podgrupy. Mimo, że w ostatnim czasie w Turcji, sytuacja na tej płaszczyźnie uległa znaczącej poprawie, to nadal pozostaje dużo do zrobienia, a szacowana, przez p. Hüseyina na 20 milionów osób społeczność alewicka, dopiero teraz zaczyna dopominac się o swoje prawa. Ja sam mam okazję doświadczyć zalążka pozytywnej zmiany, gdyż mogę otwarcie dyskutować na temat tej mniejszości bez większych przeszkód, choć stosunek konserwatywnego społeczeństwa pozostaje wrogi. Tym niemniej, atmosfera wokół problemu alewitów wydaje się być daleka od tej z 1993 roku, gdy w środkowoanatolijskim mieście Sivas doszło do masakry w hotelu Madmak, gdzie odbywał się kongres, na którym zebrali się alewiccy intelektualiści, a sunniccy fundamentaliści podłożyli ogień, przyczyniając się do straszliwej śmierci 36 osób.
Spotkanie z panem Hüseyinem Özerem można uznać za bardzo udane, jednakże nie udało mi się zagadnąć rozmówcy o wiele spraw bieżących oraz najnowszą historię alewitów. Niemniej jednak, Murat dede jest, podobnie jak współwyznawcy, bardzo entuzjastycznie nastawiony na współpracę, co dobrze rokuje w perspektywie dalszych badań.
Spotkanie z naszym dostojnym rozmówcą, doszło do skutku dzięki pomocy
Muharrema Serina, działacza tutejszej organizacji alewickiej, biorącego aktywny udzial w życiu organizacyjnym i duchowym społeczności.
To jego prosiliśmy o wstawiennictwo, starając się o spotkanie z przywódcą duchowym.
Nasz rozmówca nazywa się Hüseyin Özer, przez lokalnych wyznawców nazywany jest jednak Murat dede, ma 61 lat, ukończył szkołę średnią, jest
emerytowanym robotnikiem tekstylnym. Fakt, że przywódca religijny jest byłym robotnikiem jest również znamienny i godzien odnotowania. W alewickim systemie wartości ludzie pracy cieszą się szczególnym szacunkiem, co też jest jednym z czynników wpływających na preferencje polityczne członków tej grupy wyznaniowej, która tradycyjnie popiera lewicowe ugrupowania. Tezę też potwierdza w prywatnej rozmowie dr Fulya Memişoǧlu z wydziału stosunków międzynarodowych Uniwersytetu Çukurova w Adanie, zajmująca się na codzień min. mniejszościami etnicznymi i religijnymi w Turcji. Hüseyin Özer, prawo do posługiwania się tytułem dede, nabył przez urodzenie, tj. pochodzi z rodu Kurişen, który wegług tradycji miał założyć ósmy z dwunastu imamów szyizmu (i alewizmu również)- Ali Sułtan Reza. Nasz rozmówca jest aktywnym działaczem ogólnotureckiej, alewickiej fundacji Cem, której najbliższy oddział ma swą siedzibę w Adanie. Tam też p. Hüseyin mieszka.
Rozmowę zaczynamy w języku Tureckim, od wymiany uprzejmości, przedstawienia się i określenia celu naszego spotkania. Ponieważ jednak, moja znajomość tureckiego nie jest jeszcze na tyle dobra, aby swobodnie rozmawiać na tematy dotyczące zawiłych kwestii, po wytłumaczeniu celu mojego przyjazdu, pytania zadaję po angielsku.
Dede wcześniej powiadomiony przez Muharrema, wie że interesuję się historią i obecną sytuacją alewitów w ogóle i nie kryje radości z powodu tego zainteresowania. Mówię, że w Polsce niewiele wiadomo o tym odłamie islamu i poza garstką naukowców i pasjonatów, nikt tak na prawde nic o nich nie wie. Sam również, chcę rozwiać własne wątpliwości, a także skonfrontować, to co usłyszę, z informacjami zaczerpniętymi z nielicznych źródeł, do których udało mi się dotrzeć. Interesuje mnie głównie historia i relacje z innymi odłamami islamu- głównie z sunnitami.
Podobnie, jak przy poprzedniej rozmowie, pozwalam rozmówcy samemu rozwinąć temat.
P. Hüseyin rozrysowuje na kartce schemat i przedstawia pomniejsze odłamy i szkoły, które zaliczyc można do alewizmu i sunnizmu. Wymienia więc cztery największe szkoły prawa islamskiego: Hanefi, Szaafi, Hambeli i Maliki. Nazwy wszystkich szkól biorą się z imion ich założycieli. Nie inaczej jest w przypadku alewitów. Tutaj padają nazwy bractw i odłamów, które tworzą alewizm jako całość. Są to Mewlewici, Bektaszyci- czyli bractwa sufickie, które założone w Anatolii w XIII stuleciu, miały niebotyczny wpływ na wyznawców islamu w tym regionie, oraz nausajryci, właściwi alewici i dżaferyci, czyli największe i najbardziej rozpoznawalne grupy wyznawców. Do wymienionych nazw dede dorzuca jeszcze, ku mojemu zaskoczeniu, szyitów (tur. Şii). Nad wszystkimi odłamami można zatem rozciągnąć parasol zwący się alewizmem, przy czym, według naszego dostojnego rozmówcy szyizm to odgałęzienie alewizmu a nie odwrotnie, jak się poeszechnie uważa(…)
Alewici nie przykładają wagi do narodowości, koloru skóry, języka itd.
Uważają się zatem za bardziej otwartych od konserwatywnych sunnitow i tak też są postrzegani przez innych moich rozmówców, niezależnie od deklarowanej konfesji, czy pochodzenia etnicznego. Należy jednak zaznaczyć, że wszyscy oni posiadali wyższe wykształcenie, lub byli studentami. Stąd ich religijna elastyczność lub otwarcie deklarowany ateizm. Wśród środowisk innych aniżeli akademickie, opinie na temat alewitów kształtowałyby się zapewne inaczej. Niemniej jednak, jak zauważa nasz rozmówca, aby być alewitą, należy spełniać określone kryteria. Alewitą właściwym (według niektórych opinii alewizm to nie tyle wyznanie, co określony styl życia- stąd przymiotnik ‘’właściwy’’) może być osoba urodzona jedynie z rodziców alewitów. Podobnie w przypadku nusajrytów, z tym że dochodzi tutaj jeszcze kryterium etniczne- są nimi jedynie syryjscy Arabowie. Konwertyta może przejść na bektaszyzm, po tym jak posiadł religijną wiedzę zaczerpniętą w domu derwiszów, zwanym dergah, szczególnie popularnym na Bałkanach, gdzie przechodzący na islam składali swoisty ryt wyznania- po turecku- ikrar cemi, zobowiązując się do przestrzegania zasad wiary, po uprzednim zapoznaniu się z nauką, głoszoną przez bractwo. Tutaj dede podkreśla, że nawracanie nie odbywało się ani siłą, ani masowo, jak miało to miejsce wśród Turków przyjmujących islam sunnicki, wypowiadających jedynie szahadę, bez jakiejkolwiek wiedzy na temat wiary i stających się automatycznie pełnoprawnymi muzułmanami. Stąd wyznawcy alewizmu uważją się za ‘’prawdziwych’’ wyznawców islamu. Wyznawcy dzielą się na dwie grupy. Pierwsza to bel evladı, czyli dosłownie ‘’syn lędźwi’’- urodzony alewita. Druga natomiast, zwie się yol evladı – nawrócony,’’syn drogi’’, który przyjął naukę, a religijnego oświecenia dostąpił niejako na ścieżce poznania, pogłębiając swą wiedzę religijną.
Kolejnym zagadnieniem, które tłumaczy p. Huseyin jest pochodzenie alewitów. Tutaj mowa jest o plemionach turkmeńskich, które Islam przyjęły za pośrednictwem Persów, dla których jedną z centralnych postaci jest Ali ibn Abu Talib. Szamanistycznym ludom stepu bliżej było zatem do koncepcji, gdzie wyeksponowana jest osoba zarwóno Proroka, jak i jego zięcia, jako pośredników pomiędzy ludźmi, a wciąż niezmiernie odległym Bogiem, który jest Jedyny i Wszechmogący. Stąd też kult świętych, stanowczo odrzucany przez ortodoksyjnych sunnitów. Plemiona tureckie gnębione suszą, migrowały ze Środkowej Azji na południe do Chorasanu, który był ważnym średniowiecznym ośwrodkiem kulturowym, religijnym, intelektualnym i handlowym. Tędy przebiegał słynny Szlak Jedwabny, o którym nasz dostojny rozmówca nie omieszkuje wspomnieć (tur. İpek Yolu ). Tą właśnie drogą wędrowali kupcy z Chin, Indii, Europy i Bliskiego Wschodu. Formowanie się tureckich wierzeń w tak różnorodnym i kosmopolitycznym środowisku można zatem uznać za jeden z czynników, który wpłynął na uderzająco synkretyczny kształt alewizmu. We wczesnych jego dziejach bardzo silne były wpływy takich religii jak wspomniany szamanizm oraz buddyzm i zaratusztrianizm. Do Anatolii dotarł alewizm na skutek migracji wywołanych nawałą mongolską, która nie ominęła Azji Środkowej oraz Bliskiego i Środkowego Wschodu ( tutaj pada wyrażenie Moğol fırtınası, gdzie tureckie slowo fırtına oznacza burze, nawałnicę – znać, że tamte wypadki odcisnęły się w tutejszej pamięci nie mniej silnie niż w Europie Wschdniej, gdzie znane są pod taką samą nazwą). Według duchowego przywódcy, Imperium Osmańskie powstało w oparciu o alewicki system społeczy, a w początkowych jego dziejach alewici stanowili jego główny komponent. Dopiero za czasów sułtana Jawuza Selima w XVI w. zaczęło dochodzić do represji. Sułtan wojował wówczas z perskim szahem Ismaelem, a alewici, których wiara wprost wywodziła się z szyizmu mogli w jego oczach stanowić “piątą kolumnę”. Szyiccy Persowie byli bowiem heretykami, z którymi sunnicka władza osmańska walczyła w obronie czystej wiary muzułmańskiej. Wtedy właśnie gwałtownie zmalała liczba alewitów w Anatolii, którzy od tego czasu żyli i modlili się w ukryciu. Tutaj dede powtarza opowiedzianą mi przez Muhittina Kirişa historie represji.
Aby zrozumieć alewizm, jako system religijny nie można pominąć osoby Hadżiego Bektasza. Pytam p. Hüseyina o narodowość tego trzynastowiecznego mistyka. Przygotowując się do naszego spotkania znalazłem opracowania Yaşara Nuri Öztürka, który nie był do końca przekonany, co do przynależności etnicznej Bektasza. Dede jest natomiast przekonany, ze był on Turkiem. Jak się później okazuje, jest to prawda, gdyż, Alexander Knysh w książce Islamic Misticism. A Short History potwierdza tę informację. Hadżi Bektasz Weli urodził się w miejscowości Nişabur w Chorezmie. Był uczniem tarikatu Ahmada Yesewiego, którego jednak nigdy nie było mu dane spotkać. Jego duchowym przewodnikiem i mistycznym mentorem był derwisz Lokman Perende, który, jak utrzymuje Hüseyin Özer, był tym dla Hadżiego Bektasza, kim Szams z Tebrizu był dla Dzalaluddina Rumiego. O tej drugiej parze będzie mowa nieco później. Przy okazji wysłuchujemy legendy, według której Hadżi Bektasz udał się do Anatolii nie tyle w ucieczce przed Mongołami, a po to, aby zanieść pokój, krainie stale nękanej wojnami i sporami między poszczególnymi wodzami. Mial on zawitać do dzisiejszej Turcji przynosząc białego gołębia symbolizującego pokój. W tym momencie, jeden z nastolatków przysłuchujących się naszej rozmowie przynosi figurkę przedstawiającą tego właśnie ptaka. Drugi z chłopców demonstruje znany już nam obraz, na którym widnieje Hadżi Bektasz tulący do siebie sarenkę i młodego lwa. Założycielem tarikatu Bektaszytów był uczeń Hadżiego- Balım Sułtan. Sukcesja po szejku, jest jednak sprawą wywołującą konflikt. Jedna z grup utrzymuje, ze Hadżi Bektasz był, żonaty z jedną z członkiń Bractwa (Bektaszyci są ewnementem, gdyż jako jedyni pozwalali wstępować w swoje szeregi również kobietom) i miał z nią syna- Sarı Ismaela. Zwolennicy tej wersji wywodzą swoje pochodzenie od tego właśnie, rzekomego potomka Mistrza i uwarzają, że sukcesja należy się jego rodowi. Grupa ta zwała się Çelebi, a w dzisiejszej Turcji, z tej linii swoje pochodzenie wywodzi słynna i niezwykle wpływowa rodzina Ulusoy. Druga z grup roszczących sobie pretensje do sukcesji po Hadżim Bektaszu zwie się Müciret, a jej czlonkowie twierdzą, że Mistrz nigdy nie był żonaty i z tej przyczyny szejk powinien być wybierany spośród członków tarikatu. Niemniej jednak ogólne wartości wyznawane przez bractwo pozostają niezmienne. Ważne jest samodoskonalenie, przejawiające się zarówno w szlifowaniu posiadanych zdolności jak i charakteru, ale również i posłuszeństwo.
Hierarchia bektaszytów różni się nieco od alewickiej. Odpowiednikiem alewickiego dede jest baba, o czym miałem okzaję się dowiedzieć podczas wcześniejszego spotkania z Muhittinem Kirişem. P. Hüseyin skupia się jednak na duchowym wymiarze przywództwa i wymienia kolejne rangi. Nad babą stoją Halife baba i posniş, który osiągnął najwyższy stopień wtajemniczenia. W alewizmie wymienionym stopniom odpowiadają: przewodnik - rehber (dede), pir- odprawiający cem i mistrz, którym jest murşid. Poszczególne rangi przechodzi się w miarę powiększania wiedzy religijnej i osiągania duchowej doskonałości. Droga od baby do posnişa zwie się icazet. Kandydat do przyjęcia godności to talip (talib), czyli po prostu uczeń. U alewitów natomiast, przechodzenie kolejnych stopni nazywane jest ocak, co w tym kontekście oznacza przynależność do rodu wywodzącego swoje pochodzenie od Mahometa, Alego lub dwunastu Imamów. Mówiąc o swoim pochodzeniu dede używa nazwy Kurişen Ocaǧı, co oznacza ród Kurişen i jest zarezerwowane dla potomków Mahometa i świętych. Nasz rozmówca jest pirem. Można więc powiedzieć, że znajduje się w połowie drogi do osiągnięcia duchowego mistrzowstwa.
Czynnikiem, który również w niebagatelny sposób przyczynił się do rozwoju alewizmu i islamu wogóle jest bractwo Mewlewitów, kontynułuące myśl jednego z największych filozofów-mistyków islamu- Maulany Dżalalluddina Rumiego. O rzeczonym bractwie i jego natchnionym założycielu Murat dede również nam opowiada. Dżallaluddin przybył do Anatolii- zwanej wówczas Rumelią (tur. Rum, stąd nazwisko Rumi), podobnie jak Hadżi Bektasz Weli w XIII stuleciu z Chorasanu w przedzień najazdu mongolskiego i osiadł w mieście Konya, stolicy państwa Turków Seldżuckich. W przeciwieństwie do Bektasza nie był on Turkiem, a Persem. Pisał w ojczystym języku. Według tradycji Dżallaluddin początkowo był religijnym fundamentalistą, lub przynajmniej za takiego był uważany. Zakazywał nawet uprawy winorośli, gdyż, jak powiadał, ludzie mogą fermentować jej owoce, a przecież picie wina to haram- ciężki grzech, który znacznie oddala człowieka od Boga. Lud Konyi podziwiał jego pobożność i bogobojność. Murat dede, opowiada nam jednak zdumiewającą anegdotę, która mówi o przemianie Rumiego.
Pewnego dnia Dżallaluddin idąc ulicami Konyi upuścił niesioną pod płaszczem butelkę, która się rozbiła. Ludzie zainteresowani tym błachym z pozoru wydarzeniem otoczyli Rumiego. W powietrzu rozniosła się woń wina. Przechodnie wpadli w konsternację. Oto najbardziej bogobojny i kurczowo trzymający się zasad wiary mieszkaniec miasta popija ukradkiem wino! Sam Dżallaluddin zaniemówił. Gdy tłum sposobił się do linczu, nagle wyłonił się starzec, który zaczął rozganiać zebranych ludzi. Starcem był Szams z Tebrizu, który przemawiając do zebranych stwierdził, że rozbita butelka zawiera nie wino, a olejek różany. Zebrani zaczęli sprawdzać, czy spod płaszcza Rumiego faktycznie wypadł olejek. Gdy upewnili sie, że starzec mówi prawdę zostawili Rumiego w spokoju. Za sprawą mistyka Szamsa ‘’wino olejkiem się stało’’. To wydarzenie wywarło na Dżallaluddinie ogromne wrażenie.
Tak według opowieści dede rozpoczęła się znajomość Dżallaluddina Rumiego z Szamsem z Tebrizu. Za jej sprawą Rumi stał stał się natchnionym poetą, którego
wiersze epatują miłością i tolerancją. Jego uczniowie nazwali go Maulaną (tur. Mevlana ), co oznacza “nasz mistrz”. Szams z Tebrizu zaś, swoją znajomość z Maulaną przypłacił zresztą życiem. Zazdrośni o Dżllaluddina przyjaciele najpierw nakłonili Szamsa by ten udał sie do Syrii, a gdy ten za namowami Rumiego wrócił- zamordowali go.
Bractwo mewlewitów rozkwitło po śmierci swego mistrza. Istotą wiary według jego przedstawicieli są tzw. cztery bramy (dőrt kapı), na które składają się szariat, tarikat oraz marifat – wiedza, i hakikat – prawda. Każda z bram ma dziesięć poziomów. W oparciu o te wartości kontynuowano nauczanie w duchu mistycyzmu. Jak twierdzi Murat dede, suficka większość sceptycznie odnosiła się do poezji Maulany, opierając się jedynie na Koranie i Hadisach, nie rozumiejąc do końca przesłanie płynącego z jego wierszy. Dede określa Maulanę jako obywatela Świata. Rok 2007 został zresztą ogłoszony przez UNESCO, rokiem pokoju i miłości a także natchnionych sufickich poetów-mistyków- Junusa Emre i właśnie Maulany Dżallaluddina Rumiego.
Przed wyjściem pytam, jak w dzisiejszej, sunnickiej i konserwatywnej Konyi jest odbierany Maulana i jego poezja. Według Murata dede, sunnici po zamknięciu bractw sufickich przez Ataütrka w 1924 roku, traktowali mauzoleum Rumiego tak samo, jak dzisiejsi zagraniczni turyści, którzy widzą w nim jedynie muzeum i atrakcję turystyczną. Na pytanie, o reakcje samych bractw na zamknięcie tarikatów tekke i szkół religijnych, dede odpowiada, że jakakolwiek reakcja była równoznaczna z wyrokiem śmierci wydanym, przez Trybunały Niepodległościowe, założone w trakcie walk z kurdyjską rebelią, którą dowodził w tym samym czasie szejk Said. Niemniej jednak, tarikaty przeniosły swoje siedziby na Bałkany, jak Bektaszyci, którzy odtąd rezydowali w Albanii, lub działały w ukryciu, bądź jako muzea. Sam stosunek do osoby Mustafy Kemala jest pełen uwielbienia, czego wyrazem jest broszka w klapie marynarki p. Hüseyina, przedstawiająca wizerunek wodza. Mimo represyjnej polityki, wobec bractw, na których nauce alewici w znacznej mierze się opierają, świeckie państwo położyło, przynajmniej w teorii, kres represjom ze strony rządzących sunnitów, o czym wspominał mój poprzedni rozmówca Muhittin Kiriş.
Jak mówi Murat dede, jednym z największych współczesnych problemów, z jakim borykają się alewici, jest brak choćby jednej instytucji, która zajmowałaby się tą mniejszością na poziomie uczelnianym. Mimo, że na większosci uniwersytetów w kraju istnieją wydziały teologii muzułmańskiej, to żaden z nich nie zajmuje się poważnie alewizmem i bektaszyzmem. Na przykład o nusajrytach, których pokaźna liczba żyje nie tylko w dawnym Sandżaku Aleksandretty (diś prow. Hatay), ale również i w Adanie oraz Mersin, sam dede wie stosunkowo niewiele. Wiadomo o wspólnym kulcie Alego, ale sprawy związane z obrzędowoścą stanowią tabu. Sami szejkowie nusajryccy niczego nie ujawniają. Znany jest założyciel sekty- imam Nusajri oraz ich potoczna nazwa- fellahi, czyli chłopi. Ponadto, mówi się, że konfesja ma swoje korzenie w zaratusztrianizmie, stąd ich arabska nazwa alawi, od alav czyli “ogień”.
Trudno jednak o żetelne badania dotyczące alewitów jako całej grupy wyznaniowej, dzielącej się na wymienione przez naszego rozmówcę podgrupy. Mimo, że w ostatnim czasie w Turcji, sytuacja na tej płaszczyźnie uległa znaczącej poprawie, to nadal pozostaje dużo do zrobienia, a szacowana, przez p. Hüseyina na 20 milionów osób społeczność alewicka, dopiero teraz zaczyna dopominac się o swoje prawa. Ja sam mam okazję doświadczyć zalążka pozytywnej zmiany, gdyż mogę otwarcie dyskutować na temat tej mniejszości bez większych przeszkód, choć stosunek konserwatywnego społeczeństwa pozostaje wrogi. Tym niemniej, atmosfera wokół problemu alewitów wydaje się być daleka od tej z 1993 roku, gdy w środkowoanatolijskim mieście Sivas doszło do masakry w hotelu Madmak, gdzie odbywał się kongres, na którym zebrali się alewiccy intelektualiści, a sunniccy fundamentaliści podłożyli ogień, przyczyniając się do straszliwej śmierci 36 osób.
Spotkanie z panem Hüseyinem Özerem można uznać za bardzo udane, jednakże nie udało mi się zagadnąć rozmówcy o wiele spraw bieżących oraz najnowszą historię alewitów. Niemniej jednak, Murat dede jest, podobnie jak współwyznawcy, bardzo entuzjastycznie nastawiony na współpracę, co dobrze rokuje w perspektywie dalszych badań.
Subskrybuj:
Posty (Atom)