Widzę, że chyba w samą porę napisałem na temat problemów, jakie sprawia Turkom ich XX-wieczna historia. W dniu dzisiejszym (23 listopada 2011 r.) premier Recep Tayyip Erdogan podczas parlamentarnego spotkania swojej partii (AKP) przeprosił w imieniu państwa tureckiego za masakry w Dersim. Szef rządu przedstawił dokumenty z 1939. według których w czasie operacji wojskowej wykonanej w latach 1936-39 śmierć poniosło 13 tys. mieszkańców całej prowincji, a ok. 11 tys. zostało przymusowo przesiedlonych. Pod wszystkimi dokumentami znajduje się podpis Ismeta Inonu - prawej ręki Ataturka i jego sukcesora.
Erdogan wezwał również do przeprosin Kemala Kilicdaroglu - obecnego lidera Partii Republikańsko - Ludowej, która w w latach trzydziestych samodzielnie rządziła krajem.
Kilicdaroglu nie zabrał dotąd głosu w tej sprawie. Jego przypadek jest jednak dość osobliwy, gdyż jak wcześniej pisałem jest on alewitą narodowości kurdyjskiej, a jego rodzina również została wysiedlona z Dersim - miasta, które "zniknęło z mapy" Turcji (Nazwa Tunceli została nadana decyzją władz).
Sprawa jest szeroko dyskutowana w tureckich mediach, a niektórzy dziennikarze (i nieśmiało również politycy) podnoszą kwestię odpowiedzialności Ataturka za brutalną pacyfikację całej prowincji. Dotąd jeśli ktokolwiek zabierał głos w tej sprawie, to zawsze podkreślał, że Kemal w czasie operacji był w schyłkowym stadium choroby (umarł w 1938 r. na marskość wątroby) i nie wiedział o operacji. Mustafa Akyol przypomina również, że jego adoptowana córka Sabiha Gokcen - pierwsza w historii Turcji kobieta - pilot szlifowała swoje umiejętności podczas bombardowania Dersim. Autor podkreśla również, że dotąd mniej chwalebne momenty w historii Republiki były skutecznie wymazywane, a winą za to obarcza kemalistów, którzy jego zdaniem kierują się "dogmatyzmem [kemalstowskim] a nie rozumem."
Przeprosiny premiera wydają się być ważnym krokiem na przód w tej kwestii, jednakże wygłaszane są przez szefa rządu, pod którego rządami 27 dziennikarzy przebywa w aresztach lub więzieniach. Dlatego też, mimo iż mamy do czynienia z ważnym (być może przełomowym) wystąpieniem, pamiętać należy, że Turcji sporo jeszcze brakuje do pełnej demokratyzacji.
Zamieszczam również artykuły z anglojęzycznych stron dwóch największych dzienników tureckich:
http://www.todayszaman.com/news-263658-pm-apologizes-over-dersim-massacre-on-behalf-of-turkish-state.html
http://www.hurriyetdailynews.com/n.php?n=a-dark-episode-in-turkish-history-2011-11-22
http://www.hurriyetdailynews.com/n.php?n=turkish-prime-minister-erdogan-apologizes-for-dersim-killings-2011-11-23
http://www.hurriyetdailynews.com/n.php?n=let8217s-talk-about-8216massacres8217-of-today-2011-11-22
http://www.todayszaman.com/columnist-263611-dersim-and-the-derailment-of-tutelage.html
środa, 23 listopada 2011
niedziela, 20 listopada 2011
Świętość Kemala a problemy z rozliczeniem tureckiej przeszłości
Każdy kto interesuje się współczesną Turcją wie o tureckich problemach związanych z przeszłością i niemożnością rozliczenia krzywd wyrządzonych mniejszościom. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście Rzeź Ormian i uparte stanowisko Turcji, która nie ma zamiaru uznać go za akt ludobójstwa. Od czasu do czasu podnosi się tę kwestię w debacie publicznej, a co odważniejsi intelektualiści stawali z tego powodu przed sądem na mocy słynnego art. 301 tureckiej konstytucji. Sądzono min. Orhana Pamuka i Elif Şafak, która w jednej ze swoich książek umieściła bohatera nazywającego masakry z 1915 r. ludobójstwem (Tak! Beletrystka nie może umieścić takiej postaci w swojej powieści).
Sprawę Ormian jednak, odłóżymy na bok. Jak na razie nic nie wskazuje na to by cokolwiek miało zmienić się w tej kwestii w najbliższym czasie. Od czasu do czasu podejmuje się jednak pewne próby rozliczenia się z historią początkowego okresu Republiki. Tutaj jednak na przeszkodzie stoi prawo mówiące o obrazie Mustafy Kemala. Poniżej zamieszczam więc dwa artykuły, w których autorzy podnoszą kwestie autorytaryzmu i krzywd wyrządzonych tym, którzy nie zgadzali się ze zdaniem Wodza. Mustafa Akyol z gazety Hurriyet podejmuje temat Saida Nursi - kurdyjskiego filozofa i uczonego muzułmańskiego, na którego myśli bazuje Fethullah Gulen i jego organizacja religijna Nurcular. Nursi choć widział potrzebę międzyreligijnego dialogu, odnalezienia głębszego sensu w przesłaniu Koranu i dostosowania nakazów islamu do nowoczesności, sprzeciwiał się kemalistowskiej sekularyzacji. Za swoją działalność był prześladowany przez samego Kemala i jego następców, a po jego śmierci poparł rządy proislamskiej Partii Demokratycznej. Akyol pisze o Nursim przy okazji pojawienia się biograficznego filmu, który w patetyczny sposób przedstawia jego działalność i złożoność relacji z nowymi świeckimi władzami. Cały film można obejrzeć również w YouTube. Tutaj zaprezentuję sam artykuł Akyola, w którym autor podejmuje kolejny krok w kierunku rozliczenia z niełatwą przeszłością :
http://www.hurriyetdailynews.com/n.php?n=why-said-nursi-matters-2011-01-04
Drugi z tekstów dotyczy masakry w Dersim (obecnie Tunceli) z 1937 roku. Ta wschodnioanatolijska prowincja zamieszkała w większości przez alewickich Kurdów została brutalnie spacyfikowana przez armię, która użyła gazów bojowych, bombardowała miasta, paliła wioski i zmusiła do przesiedlenia mieszkańców. W momencie masakry Dersim liczyło ok. 65-70 tys. mieszkańców. Obecnie jest to 25-tysięczne miasteczko. W wyniku działań tureckiego wojska śmierć poniosło ok. 10-15 % mieszkańców prowincji a kilkadziesiąt tysięcy zostało przesiedlonych. Jak dotąd nic nie mówiło się o odpowiedzialności Kemala i działaczy Partii Republikańsko-Ludowej, a sami kurdyjscy alewici mitologizują postać Ataturka i twierdzą, że nie mógł wiedzieć o wypadkach w Dersim (szerzej na te temat pisała niemiecka antropolog Krisztina Kehl-Bodrogi).
Prezentowany poniżej tekst Ekrema Dumanli z dziennika Zaman jest próbą przedyskutowania kwestii drażliwej dla zwolenników Kemala, ale również i samego przewodniczącego Partii Republikańsko - Ludowej Kemala Kılıçdaroğlu, który sam pochodzi z Dersim i jest alewitą narodowości kurdyjskiej.
http://www.todayszaman.com/columnist-263419-codes-of-dersim.html
Sprawę Ormian jednak, odłóżymy na bok. Jak na razie nic nie wskazuje na to by cokolwiek miało zmienić się w tej kwestii w najbliższym czasie. Od czasu do czasu podejmuje się jednak pewne próby rozliczenia się z historią początkowego okresu Republiki. Tutaj jednak na przeszkodzie stoi prawo mówiące o obrazie Mustafy Kemala. Poniżej zamieszczam więc dwa artykuły, w których autorzy podnoszą kwestie autorytaryzmu i krzywd wyrządzonych tym, którzy nie zgadzali się ze zdaniem Wodza. Mustafa Akyol z gazety Hurriyet podejmuje temat Saida Nursi - kurdyjskiego filozofa i uczonego muzułmańskiego, na którego myśli bazuje Fethullah Gulen i jego organizacja religijna Nurcular. Nursi choć widział potrzebę międzyreligijnego dialogu, odnalezienia głębszego sensu w przesłaniu Koranu i dostosowania nakazów islamu do nowoczesności, sprzeciwiał się kemalistowskiej sekularyzacji. Za swoją działalność był prześladowany przez samego Kemala i jego następców, a po jego śmierci poparł rządy proislamskiej Partii Demokratycznej. Akyol pisze o Nursim przy okazji pojawienia się biograficznego filmu, który w patetyczny sposób przedstawia jego działalność i złożoność relacji z nowymi świeckimi władzami. Cały film można obejrzeć również w YouTube. Tutaj zaprezentuję sam artykuł Akyola, w którym autor podejmuje kolejny krok w kierunku rozliczenia z niełatwą przeszłością :
http://www.hurriyetdailynews.com/n.php?n=why-said-nursi-matters-2011-01-04
Drugi z tekstów dotyczy masakry w Dersim (obecnie Tunceli) z 1937 roku. Ta wschodnioanatolijska prowincja zamieszkała w większości przez alewickich Kurdów została brutalnie spacyfikowana przez armię, która użyła gazów bojowych, bombardowała miasta, paliła wioski i zmusiła do przesiedlenia mieszkańców. W momencie masakry Dersim liczyło ok. 65-70 tys. mieszkańców. Obecnie jest to 25-tysięczne miasteczko. W wyniku działań tureckiego wojska śmierć poniosło ok. 10-15 % mieszkańców prowincji a kilkadziesiąt tysięcy zostało przesiedlonych. Jak dotąd nic nie mówiło się o odpowiedzialności Kemala i działaczy Partii Republikańsko-Ludowej, a sami kurdyjscy alewici mitologizują postać Ataturka i twierdzą, że nie mógł wiedzieć o wypadkach w Dersim (szerzej na te temat pisała niemiecka antropolog Krisztina Kehl-Bodrogi).
Prezentowany poniżej tekst Ekrema Dumanli z dziennika Zaman jest próbą przedyskutowania kwestii drażliwej dla zwolenników Kemala, ale również i samego przewodniczącego Partii Republikańsko - Ludowej Kemala Kılıçdaroğlu, który sam pochodzi z Dersim i jest alewitą narodowości kurdyjskiej.
http://www.todayszaman.com/columnist-263419-codes-of-dersim.html
piątek, 6 maja 2011
wtorek, 3 maja 2011
Najstarsza demokracja świata
My Pasztuni jesteśmy ludem praworządnym. Rządzimy się według NASZEGO prawa. Prawo to nazywa się Pasztunwali. Pasztunwali istnieje tak długo, jak istniejemy my - Pasztuni. To znaczy, że NASZE prawo istnieje od zawsze. Bo my jesteśmy od zawsze. Inne ludy też mają swoje prawa. Zmieniają się ludy i razem z nimi zmieniają się ludzkie prawa. A my i NASZE prawo istniejemy od zawsze. Pasztunwali to władza ludu. Władza NASZEGO ludu, tj. władza Pasztunów. Są różne władze ludu. Władza ludu pracującego, władza obywateli i inne. Inni, tam za Amu-Darią, za górami Hindukuszu, za morzem, rządzili się swoimi prawami i nam je przywozili. Ale my już przecież mieliśmy NASZE prawo. Od zawsze. Ale oni nie ustawali w przyworzeniu nam tych swoich praw. I tak przyjeżdżali. Byli blondwłosi Helleni, po blondwłosych Hellenach byli Persowie, Po Persach Byli Arabowie. Ci przywieźli całkiem interesujące prawo, ale nie tak doskonałe, jak NASZE. Potem byli Mongołowie, po Mongołach znowu Persowie. Potem Brytyjczycy. Po Brytyjczykach mieliśmy NASZEGO emira. Emirowi podobały się ICH prawa. Po emirze, przyszli nasi, którzy upodobali sobie prawa komunistów. Następnie pojawili się zagraniczni komuniści. Wojna była. Po wojnie nie było już komunistów, ale przyszli Uczniowie. Ci myśleli, że najlepiej znają prawo, ale długo nie porządzili. Po nich przyszli Amerykanie i jeden z naszych, który chodził do ICH szkoły.
Wszyscy tak przychodzili, przynosili swoje prawa i odchodzili.
I co? I Nic!
Różni obcy do nas przychodzili. Wszyscy z nich mieli swoje prawa, ale zawsze się zmieniali. Różniły się ludy tutaj przyjeżdżające, zmieniały się wielkie mocarstwa, które chciały przywieźć nam swoje prawa. A NASZE Pasztunwali, jak istniało, tak istnieje nadal. Niezmienione. Władza ludu, pasztuńskiego ludu, od wieków, stuleci nawet, pozostaje jedna i ta sama. Taka była i taka pozostanie. Amin.
Wszyscy tak przychodzili, przynosili swoje prawa i odchodzili.
I co? I Nic!
Różni obcy do nas przychodzili. Wszyscy z nich mieli swoje prawa, ale zawsze się zmieniali. Różniły się ludy tutaj przyjeżdżające, zmieniały się wielkie mocarstwa, które chciały przywieźć nam swoje prawa. A NASZE Pasztunwali, jak istniało, tak istnieje nadal. Niezmienione. Władza ludu, pasztuńskiego ludu, od wieków, stuleci nawet, pozostaje jedna i ta sama. Taka była i taka pozostanie. Amin.
czwartek, 4 listopada 2010
Krzyż i tatuaże
Mieliśmy kiedyś kolegę z Biszkeku - mówi Arsłan - Turek Meschetyński, mieszkający na stałe w Antalyi - To był Rosjanin, wychowany tak jak my w Kirgizji. Wiesz, jednego razu tak mnie rozzłościł, że prawie dałem mu w mordę. Przylazł z takim wielkim kilkucentymetrowym krzyżem, na srebrnym łańcuchu, uwieszonym na szyi. Nie zauważyłem nigdy wcześniej, żeby był jakoś specjalnie religijny. Krzyż odbijał mu się od tej klatki piersiowej, aż mnie zaczęło to mierzić. Wychowywaliśmy się w miejscu, gdzie żyli muzułmanie, prawosławni, katolicy i buddyści. Wśród wszystkich mam przyjaciół i jakoś tak zawsze się między nami układało, że nauczyliśmy się wzajemnego szacunku.
Jestem muzułmaninem, alhamdulillah. Waszą wiarę mam w głębokim poważaniu, jak każdą inną zresztą.
Wiesz co ten Ruski był za jeden?
Spytałem go, czy wierzy w Boga.
- Nie, oczywiście, że nie! - odpowiedział.
- To po co nosisz ten krzyż?
- Dla krasoty! - wypalił.
Nie mogłem tego pojąć, do teraz nie mogę! Powiedziałem mu, że jeśli ktoś faktycznie wierzy i szanuje symbole religijne to powinien nosić je ukryte, w sercu, jak skarby. Absolutnie nie przeszkadzał mi ten krzyż! Zawsze uważam, że na prawdę pobożni ludzie trzymają krzyżyk pod ubraniem, dla siebie, dla Najwyższego. A tu jakaś ozdoba! Obraza!
Prawie pobiłem tego Rosjanina. Musieli mnie odciągać. Nie mogłem znieść tego widoku.
Bezczelnie mówi, że jest ateistą, a z krzyża robi sobie biżuterię.
Do teraz mi się na samą myśl krew gotuje!
Po chwili Arsłan zmienia temat i powiada:
- A wiesz jak to jest w naszej religii z tatuażami?
Nie można tego usunąć. Każda nieczystość, nawet zmyta przez wodę, a nie usunięta z duszy, zawsze będzie nieczystością. Tatuaż szpeci i ciało, i duszę. My dokonujemy ablucji głównie po to, aby oczyścić duszę. Jeżeli na ciele jest trwała skaza, to wszystkie próby dokonania takiej ablucji idą na marne.
Szczególnie, kiedy człowiek odchodzi z tego świata. Nieboszczyk, nie może się umyć, więc robimy to w jego imieniu, aby stanął przed Bogiem oczyszczony. Wtedy może być godnie pochowany. Jeżeli zaś, ciało jego posiada skazę, to wówczas stanie on przed Bogiem nieczysty.
Pochoroniat jego griaznym...
Jestem muzułmaninem, alhamdulillah. Waszą wiarę mam w głębokim poważaniu, jak każdą inną zresztą.
Wiesz co ten Ruski był za jeden?
Spytałem go, czy wierzy w Boga.
- Nie, oczywiście, że nie! - odpowiedział.
- To po co nosisz ten krzyż?
- Dla krasoty! - wypalił.
Nie mogłem tego pojąć, do teraz nie mogę! Powiedziałem mu, że jeśli ktoś faktycznie wierzy i szanuje symbole religijne to powinien nosić je ukryte, w sercu, jak skarby. Absolutnie nie przeszkadzał mi ten krzyż! Zawsze uważam, że na prawdę pobożni ludzie trzymają krzyżyk pod ubraniem, dla siebie, dla Najwyższego. A tu jakaś ozdoba! Obraza!
Prawie pobiłem tego Rosjanina. Musieli mnie odciągać. Nie mogłem znieść tego widoku.
Bezczelnie mówi, że jest ateistą, a z krzyża robi sobie biżuterię.
Do teraz mi się na samą myśl krew gotuje!
Po chwili Arsłan zmienia temat i powiada:
- A wiesz jak to jest w naszej religii z tatuażami?
Nie można tego usunąć. Każda nieczystość, nawet zmyta przez wodę, a nie usunięta z duszy, zawsze będzie nieczystością. Tatuaż szpeci i ciało, i duszę. My dokonujemy ablucji głównie po to, aby oczyścić duszę. Jeżeli na ciele jest trwała skaza, to wszystkie próby dokonania takiej ablucji idą na marne.
Szczególnie, kiedy człowiek odchodzi z tego świata. Nieboszczyk, nie może się umyć, więc robimy to w jego imieniu, aby stanął przed Bogiem oczyszczony. Wtedy może być godnie pochowany. Jeżeli zaś, ciało jego posiada skazę, to wówczas stanie on przed Bogiem nieczysty.
Pochoroniat jego griaznym...
czwartek, 7 października 2010
Witam ponownie
Muszę przyznać, że nie miałem ostatnio zbyt wiele czasu na uzupełnianie tego bloga, więc go nieco zaniedbałem. Wróciłem ostatnio do Polski i chyba zabawię tutaj przez dłuższy czas. Zbliża się zima, wieczory są coraz dłuższe, więc będę miał trochę czasu na nadrobienie zaległości. Postaram się też pisać z większą systematycznością. Wspomnień mam sporo, więc będzie o czym opowiadać. Na razie jednak proszę o cierpliwość i wyrozumiałość. Muszę na nowo przyzwyczajać się do życia w domu po dłuższej nieobecności. Mam nadzieje, że nie będzie to długo trwało. Nie jest to łatwe, ale raczej dam radę. Przy okazji, pierwszy "szok": nikt nie chce się ze mną całować na powitanie, nikt nie jest też chętny do zderzania się skroniami. Ciężko zaprowadzać tutaj nowe porządki....
niedziela, 30 maja 2010
Zia i Hazarowie
Na początku marca udałem sie na posterunek policji, aby złożyć odpowiednie dokumenty w celu przedłużenia mojego pozwolenia na pobyt w Turcji. Kazano mi wrócić w następnym tygodniu, co też uczyniłem. Ponieważ jednak kilka dni wczesniej zmarł jeden z zasłużonych komendantów, cała rzesza funkcjonariuszy porzucla swoja służbę na dwa lub trzy dni. W związku z tym, o moich dokumentach zapomniano i kazano odczekać kolejny tydzień. Wywołało to u mnie niemałą irytację, gdyż departament do spraw cudzoziemców jest położony na samych obrzeżach miasta, a podróż tam i z powrotem zajmuje pół dnia.
Koniec końców jednak, pogodziłem się ze swoim losem i odczekałem jeszcze tydzień. Na posterunku zameldowałem się więc ponownie po kolejnym tygodniu i od razu zauważyłem grupę jakichś 10-15 osób o środkowoazjatyckich rysach twarzy. Wszedłem zatem pospiesznie do biura i równie szybko otrzymałem przedłużenie pozwolenia na pobyt. Wychodząc zobaczyłem, że moja towarzyszka Neslihan rozmawia z przyjezdnymi, a turecki ochroniarz - jowialny strażnik w średnim wieku bardzo radośnie reaguje na próby dogadania się po turecku, podejmowane przez niewysokich a skośnookich gości o szerokich, płaskich twarzach. Pytam zatem, kim są owi przybysze. Usłyszałem, że z Afganistanu. Później pytam o narodowość. W odpowiedzi słyszę: "no przecież mówiliśmy ci, że to Afgańczycy" - prostolinijnie mówi strażnik.
Sam odpowiadam jednak, że w Afganistanie jest cała rzesza najprzeróżniejszych narodowości.
Na to wszystko pojawia się nagle śniady, ciemnowłosy mężczyzna, wyraźnie górujący wzrostem nad swoimi mongoloidalnymi towarzyszami. Ma na imię Zia i jest Tadżykiem z matki Pasztunki. Jego kompani, jak wcześniej podejrzewałem, są Hazarami. O wszystkim Zia opowiada mi płynną i ładną angielszczyzną. Przeprasza przy tym za błędy gramatyczne, jakie popełnia, gdyż nie mówił w tym języku od jakichś dwóch lat. Sam nie dostrzegam większych niedoskonałości w jego angielskim, jestem nawet pełen podziwu. Myślę sobie, że facet, który przyjechał z kraju gdzie od już prawie czterech dekad na przemian dokonują sie zamachy stanu i toczą się krwawe wojny, gdzie ostatnią myślą jest ta o zatapianiu się pośród podręczników oraz wszelkiej innej buchalterii, włada angielskim lepiej niż nie jeden student, z którymi mam tutaj zajęcia (sic). Zia opowiada, że w rejonie, gdzie mieszkają on i jego hazarscy znajomi, sytuacja w ostatnim czasie znacznie się zaostrzyła. Rozmawiając z nim, szybko przestałem żałować, że musiałem męczyć się z turecką biurokracją.
Sam Zia pochodzi z Kabulu. Właśnie niedawno wszyscy byli zmuszeni przedostać się do Turcji i szukać w niej schronienia. Pytam, co będą robić w Adanie i jak długo pozostaną. Tego jednak ani Zia, ani jego towarzysze nie wiedzą. Rozochocony tą rozmową mam zamiar zadawać kolejne pytania, ale w tym momencie mój anglojęzyczny rozmówca został zawołany przez funkcjonariuszy. Przez cały ten czas moja przyjaciółka Neslihan i turecki strażnik próbują dogadać się z grupą Hazarów, wśród których znajdują sie kobiety karmiące niemowlaki. Muszą już być w Turcji od jakiegoś czasu, bo znają całkiem sporo słów. Po wymianie uprzejmości i próbie krótkiej pogawędki, musimy jednak opuścić posterunek. Z Zią nie miałem okazji nawet się pożegnać.
W drodze powrotnej, naszła mnie kolejna myśl. Zachowanie tych hazarskich przybyszy było dla mnie zdumiewające. Ludzie nienawidzeni i pogardzani przez swoich współobywateli za pochodzenie i szyickie wyznanie, wypędzeni ze swojej ojczyzny przez wojnę i nie mający pojęcia dokąd zostaną zawiezieni oraz co i jak długo będą robić, śmieją się i dowcipkują! Nie kryją radości widząc, że próbuję nawiązać z nimi jakiś kontakt, podłapują tureckie słownictwo, czym wprawiają w zachwyt prostolinijnego strażnika. Czy jest to jakiś mechanizm obronny, wytworzony w warunkach wojny, czy oni po prostu tacy już są? Na to pytanie nie potrafię sobie jednak odpowiedzieć.
Ze wszystkimi swoimi myślami dzielę się z Neslihan, która również jest poruszona. Pytam, jak po turecku powiedzieć uchodźca, a ona mnie - jak to brzmi po polsku. Powtarzam po niej 'multeci', a potem kolejno: 'refugee', 'uchodźca'i ponownie 'multeci'. Moja towarzyszka wieńczy wszystko lapidarnym komentarzem. "...w jakimkolwiek języku tego nie wypowiesz, zawsze brzmi wstrętnie.
Nienawidzę tego słowa..."
Koniec końców jednak, pogodziłem się ze swoim losem i odczekałem jeszcze tydzień. Na posterunku zameldowałem się więc ponownie po kolejnym tygodniu i od razu zauważyłem grupę jakichś 10-15 osób o środkowoazjatyckich rysach twarzy. Wszedłem zatem pospiesznie do biura i równie szybko otrzymałem przedłużenie pozwolenia na pobyt. Wychodząc zobaczyłem, że moja towarzyszka Neslihan rozmawia z przyjezdnymi, a turecki ochroniarz - jowialny strażnik w średnim wieku bardzo radośnie reaguje na próby dogadania się po turecku, podejmowane przez niewysokich a skośnookich gości o szerokich, płaskich twarzach. Pytam zatem, kim są owi przybysze. Usłyszałem, że z Afganistanu. Później pytam o narodowość. W odpowiedzi słyszę: "no przecież mówiliśmy ci, że to Afgańczycy" - prostolinijnie mówi strażnik.
Sam odpowiadam jednak, że w Afganistanie jest cała rzesza najprzeróżniejszych narodowości.
Na to wszystko pojawia się nagle śniady, ciemnowłosy mężczyzna, wyraźnie górujący wzrostem nad swoimi mongoloidalnymi towarzyszami. Ma na imię Zia i jest Tadżykiem z matki Pasztunki. Jego kompani, jak wcześniej podejrzewałem, są Hazarami. O wszystkim Zia opowiada mi płynną i ładną angielszczyzną. Przeprasza przy tym za błędy gramatyczne, jakie popełnia, gdyż nie mówił w tym języku od jakichś dwóch lat. Sam nie dostrzegam większych niedoskonałości w jego angielskim, jestem nawet pełen podziwu. Myślę sobie, że facet, który przyjechał z kraju gdzie od już prawie czterech dekad na przemian dokonują sie zamachy stanu i toczą się krwawe wojny, gdzie ostatnią myślą jest ta o zatapianiu się pośród podręczników oraz wszelkiej innej buchalterii, włada angielskim lepiej niż nie jeden student, z którymi mam tutaj zajęcia (sic). Zia opowiada, że w rejonie, gdzie mieszkają on i jego hazarscy znajomi, sytuacja w ostatnim czasie znacznie się zaostrzyła. Rozmawiając z nim, szybko przestałem żałować, że musiałem męczyć się z turecką biurokracją.
Sam Zia pochodzi z Kabulu. Właśnie niedawno wszyscy byli zmuszeni przedostać się do Turcji i szukać w niej schronienia. Pytam, co będą robić w Adanie i jak długo pozostaną. Tego jednak ani Zia, ani jego towarzysze nie wiedzą. Rozochocony tą rozmową mam zamiar zadawać kolejne pytania, ale w tym momencie mój anglojęzyczny rozmówca został zawołany przez funkcjonariuszy. Przez cały ten czas moja przyjaciółka Neslihan i turecki strażnik próbują dogadać się z grupą Hazarów, wśród których znajdują sie kobiety karmiące niemowlaki. Muszą już być w Turcji od jakiegoś czasu, bo znają całkiem sporo słów. Po wymianie uprzejmości i próbie krótkiej pogawędki, musimy jednak opuścić posterunek. Z Zią nie miałem okazji nawet się pożegnać.
W drodze powrotnej, naszła mnie kolejna myśl. Zachowanie tych hazarskich przybyszy było dla mnie zdumiewające. Ludzie nienawidzeni i pogardzani przez swoich współobywateli za pochodzenie i szyickie wyznanie, wypędzeni ze swojej ojczyzny przez wojnę i nie mający pojęcia dokąd zostaną zawiezieni oraz co i jak długo będą robić, śmieją się i dowcipkują! Nie kryją radości widząc, że próbuję nawiązać z nimi jakiś kontakt, podłapują tureckie słownictwo, czym wprawiają w zachwyt prostolinijnego strażnika. Czy jest to jakiś mechanizm obronny, wytworzony w warunkach wojny, czy oni po prostu tacy już są? Na to pytanie nie potrafię sobie jednak odpowiedzieć.
Ze wszystkimi swoimi myślami dzielę się z Neslihan, która również jest poruszona. Pytam, jak po turecku powiedzieć uchodźca, a ona mnie - jak to brzmi po polsku. Powtarzam po niej 'multeci', a potem kolejno: 'refugee', 'uchodźca'i ponownie 'multeci'. Moja towarzyszka wieńczy wszystko lapidarnym komentarzem. "...w jakimkolwiek języku tego nie wypowiesz, zawsze brzmi wstrętnie.
Nienawidzę tego słowa..."
Subskrybuj:
Posty (Atom)